Bliźniaczki

Kim/Asundari/szanstarka/złotowłosa/błękitnooka – to ta sama osoba, główna bohaterka.
Anatema – niezdefiniowane stworzenie.

Kim, choć spała wydawało jej się, iż stoi tuż obok siebie czekając… No właśnie, na co? Widziała swój pokój, Łunę śpiącą z otwartymi ustami na posadzce i siebie leżącą na stole.
– Hej? – zapytała, a dźwięk jaki dotarł do jej uszu wydał się miażdżącym jazgotem. Zacisnęła powieki z bólu, złapała się za głowę, echo przeniknęło ją całą.
– Co to było? – pomyślała. Głos rozbrzmiał cicho, normalnie jakby mówiła. Szybko zrozumiała, iż nie powinna używać strun głosowych do mówienia. Myśl ta została przerwana, gdyż Asundari zauważyła, że wcale nie jest w swoim pokoju. Stała w… przestrzeni, na dole błękitnej, to było jakby niebo, na górze białej niczym śnieg. Obie te sfery łączyły się wielobarwnym pasmem pary. Ten niezwykły świat wydawał się komnatą. Niebo i ziemia były podtrzymywane przez kolumny, na których były malowidła. Nie minęła chwila jak „niebo” zmieniło się w morze. Szanstarka i po niebie i po morzu mogła chodzić niczym po kamiennej posadzce, a każdy jej krok nieco rozjaśniał podłoże i oczywiście roztłaczał pierścienie, jak na każdej wodzie kropla deszczu. Po chwili zadudniło głośne bicie serca. W mgnieniu oka morze, białe niebo i morska posadzka zniknęły. Kim usłyszała szum wiatru na wschodzie, instynktownie odwróciła się. Z jasnych, szklistych promieni narodził się wielki galeon. Żaglowiec miał rozwinięte żagle napełnione ciepłym podmuchem bryzy. Był tak, blisko iż dziewczyna nie zdążyła mu się dokładnie przyjrzeć. Wjechał w nią niczym gorący nóż w masło.
Szanstarka znalazła się we wnętrzu fregaty. Nie było tu, jak przypuszczała wcześniej, jasno, wręcz przeciwnie. Ciemne korytarze były oświetlone światłem świetlistej wody, która sięgała szanstarce nieco powyżej kostek. Wyglądało to jakby galeon nabierał wody i tonął, lecz kiedy dziewczyna przypomniała sobie widok sunącej fregaty po wodzie, niczym łabędź nie sądziła, iż galeon mógłby tonąć. Postanowiła się rozejrzeć, a może inaczej; jej ciało zdecydowało się spenetrować podpokład. Znów nie mogła nad nim zapanować, czuła uległość mięśni, czuła także swój wysiłek przy próbach powstrzymywania wymuszonych myśli i ruchów.
Wędrowała po śliskich schodach, kładkach, otwierała to zamykała kajuty. Poruszała się coraz szybciej i szybciej, w końcu zaczęła biec. Woda była lodowato-zimna. Z ust Asundari buchała para, mokre włosy zaczęły sztywnieć, powoli zamarzać.
Dłonie szanstarki otworzyły drzwi do ostatniej kajuty, na końcu naprawdę długiego korytarza. Światło lało się z niej kaskadami po lodowych ścianach. Lśniły schodki umieszczone przy progu i szklana podłoga. Pluszczała woda, wodospadów spływających po poręczach podtrzymujących strop niskiej i ciasnej kajuty. Ta jasność wbrew pozorom wcale nie raziła oczu Asundari. Dziewczyna ujrzała łoże wyściełane aksamitami i jedwabiem. Jedwabie z czasem zamieniały się w potoki blasku.
– Przyszłaś. Nareszcie… – odezwał się dziecięcy głos.
Na łożu siedziały dwie dziewczynki, bliźniaczki. Jedna miała białe włosy, tak białe jak Kim, a druga czarne jak krucza czupryna Midira. Rączki miały powiązane łańcuszkiem zakończonym granatowymi kulami, wokół których wirowały drobinki energii. Dziewczynki wpatrywały się w zmarzniętą szanstarkę stojącą na progu, nie mówiącą wypowiedzieć ani słowa. Szanstarka oparta jedną ręką o framugę, sterczała stojąc niewzruszenie, zupełnie jakby ją zamrożono.
Wszędobylska woda szemrała cicho miedzy kłami sopli lodu na suficie migocącego od jasna, jakie płynęło z łoża.
– Czekałyśmy tu na ciebie. Chcemy ci pokazać, kim jesteś. – szepnęły bliźniaczki, a ich głos poniosła woda na kraniec świata. Kim słyszała ten głos w swej głowie.
– Tak-k mi zimno-o… – jęknęła białowłosa, czuła iż jest coraz sztywniejsza.
– Bo chłodny jest ten świat. – wtrąciły istotki jednocześnie. – Zimno nam wszystkim, zimne są nasze serca. Szanstarowie zapomnieli, kim są i jaka jest ich rola. Zamarzacie… Nie możesz na to pozwolić!
Rozległy się huk eksplozji, podłoga drgnęła.
– Co mam robić? Jestem tylko…
– Jesteś tylko sobą! – przerwały. – Aż sobą.
– Za chwilę nas zabijesz… Ta chwila będzie trwała trzy dni. Po upływie tego czasu nie będziesz nic pamiętała z Próby, jaka pozwoliła i nadal pozwala utrzymać moc drzemiącą w tobie. Jesteś naszą nadzieją na nowe życie, na szczęście, którego szukamy! Nie możesz pozwolić siebie na uczucia. Nie możesz! Myśl jedynie o tym, co masz zrobić. Anatema się dokonuje, każda chwila była przez jej pióro spisana w Księdze Czasu… Musisz się spieszyć.
Kolejny huk. Wstrząs i krzykliwy szum wody.
– Szybko póki wszyscy zostaniemy zbrukani krwią Anatemy!… – szeptały dziewczątka. – A później zabijesz samą siebie!
– Co muszę zrobić?
– Zabij demona! Zabij ciemiężyciela życia szanastarów, dzieci Świata Przechodniego! Anatema szarga naszymi duszami, wyrywa je nam bryzgając krwią…
Woda płynąca w komnacie poczęła barwić purpurą. Klony o jasnych twarzyczkach, kryształowych oczach wzniosły rączki. Dziesiątki pasm śnieżnych wstęg jedwabiu niczym ramiona ośmiornicy zbliżyły się do Asundari. Falowały poruszane podmuchem wiatru kontrolowanego przez Wyrocznię.
– Zabij demona, zabij nas, zabij siebie! – krzyczały istoty, głos ich odbijał się tępym echem w głowie szanstarki. – Zabij demona, zabij nas, zabij siebie! Wyjdź naprzeciw przeznaczeniu!…
Sople zaczęły się powoli kruszyć, na suficie zgrzytnęły pęknięcia. W pluskiem w potoki wpadła kra topiąc się niczym we wrzątku.
– Spiesz się!
Woda niebezpiecznie podniosła swój poziom.
– Śmierć zostanie ci wybaczona!
Potoki zyskały na sile. Szum stawał się coraz głośniejszy.
– Zabij!
Śnieżne wstęgi jedwabiu niesione podmuchem wiatru zaczęły zbliżać się do Asundari niczym węże do ofiary. Swe „twarze” zbliżyły do twarzy szanstarki, znieruchomiały przez chwilę. Jedno z pasm nagle owinęło się wokół tali dziewczyny. Zaczęło dusić.
– Zabij! – powtarzały chorobliwie oba głosy. – Zbudź Księżyc, przywołaj Słońce!
Zziębnięta złotowłosa poczuła jak powoli umiera, jak wstęgi wysysają z niej życie.
– Kim jesteście? – spojrzała wojowniczka orlim spojrzeniem na wstęgi całkowicie poddane woli bliźniaczek.
– Jesteśmy tobą… – uśmiechnęła się szyderczo szatynka zaciskając swą malutką rączkę.
Lewa dłoń Kim została przygwożdżona do zimnej i ostrej jak brzytwa krawędzi framugi pokrytej krystalicznym lodem. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego… Szanstarka pouczyła ciepło. Ciepło tak miłe i delikatne jak dotyk ukochanego człowieka, otulający ciało jak kocyk. Otworzyła zaciśnięte z bólu oczy. Na jej ramionach siedział tytaniczny biały orzeł o złotych pazurach. W kolejnym ułamku sekundy przeleciał on przez postać Asundari, przez jej pierś…
Zagrzmiał huk pękającego lodu…
– Zabiłaś nas… Teraz zabij siebie!
I sen się skończył…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: