Za falami Sariny

Kim/Asundari/szanstarka/złotowłosa/błękitnooka – to ta sama osoba, główna bohaterka.
Erwiu/Róża Wiatrów/klacz/karoszka – to klacz Kim.
Neyarn/sehial – to przybrany wój Kim, poluje na dzikei zwierzęta.
Orinoko – mieszkaniec wioski Nerumiden, niebieskosóry „człowiek”, jak i inni mieszkańcy Nerumiden, krainy gdzie światło słoneczne jest śmiertelne.

Asundari wyciągnęła laskę przed siebie robiąc skupioną minę. Zamknęła oczy. Wzrok zgromadzonych na brzegu był zwrócony ku niej. Lekki wiaterek mocy, zazgrzytał kamyczkami pod stopami złotowłosej. Szanstarka rozłożyła ramiona przywołując w podświadomości siły drzemiące w naturze. Kim czuła się coraz śilniejsza. Coraz bardziej silniejsza i rześka…
– Haku Namana lone vas Aqua!
To zaklęcie, ewidentnie zmienione przez dziewczynę wzbudziło oburzenie w śród starszyzny. Złość szybko minęła, bo nieznajoma stojąca przed nimi dokonała cudu. Rozmawiała z rzeką namawiając ją do udzielenia szanstarce mocy tak wielkiej by starczyło jej na przejście przez Wielką Wodę.
Rzeka z wrzaskiem fal rozstąpiła się.
– Długo tak nie wytrzymam… – złotowłosa stęknęła, przytłoczona potęgą.
– Wskakuj na konia i jedź! – oprzytomniał osłupiony Orinoko.
Bała się potęgi, która na nią spłynęła. Z drugiej zaś strony, nadszedł sprawdzian jej sił, który od dawna zapowiadał jej Galli. „W nieoczekiwanym momencie…” – powtarzał ciągle. Trzymając laskę w prawej, lejce w lewej dłoni gnała karkołomnym cwałem po błotnistym, śliskim dnie rzeki. Erwiu zarżała targając łbem, poczym nieoczekiwanie przyspieszyła, lecz nie wstąpiła w apogeum swych możliwości. Było zbyt niebezpiecznie…
Nad ich głowami chwiały się kilkunastometrowe słupy wody ryczące potwornie. A we wnętrzu fal formowało tysiące kamiennych twarzy. Setki, tysiące gigantycznych kamiennych twarzy. Kim wszystkimi znanymi jej sposobami próbowała odpędzić strach przed tymi twarzami. One zaś spoglądały za nią niczym puści w zamiarach potępieni. A wśród oblicz bez wyrazu snuły się niewyraźne, bezimienne postacie znikające i pojawiające się to i ówdzie. Białowłosa poczuła ogarniający ją chłód, ukuła ją pustka, tak ścisnęła, że Kim aż nie mogła złapać powietrza. Erwiu przyśpieszyła. Wartko minęła stertę głazów obrośniętych cuchnącymi glonami. Błoto plaskało pod kopytami klaczki. Chwile po tym zjawy oraz twarze zniknęły. Szanstarka czuła jakby ktoś wyssał z niej energie, czuła jak słabnie. Ryczące fale zaczęły się chwiać. A drogi nie było widać końca.
Nagle Kim dostrzegła jakiś jasny punkcik. Kiedy była na tyle blisko by się uważniej temu przyjrzeć zobaczyła… niemowlę. Serce szanstarki zamarło.
– Erwiu, stój!
Karoszka zatrzymanie się w takim błocie uznała za szaleństwo. Jednakże targając łbem i poślizgując się zaczęła zwalniać. Przeszła do cwału. Błękitnooka przetarła oczy, lecz dziecka już nie było. Uznała to za złudzenie związane ze spadkiem swojej magicznej energii, zwanej maną.
„O nie!” – dziewczyna usłyszała własny krzyk w podświadomości.
– Zaklęcie… słabnie…
Tak. Osłabło na, tyle że fale zaczęły załamywać się. Asundari usłyszała za sobą huk i zgrzyt. Widok tysiąca ton wody zalewającej drogę powrotną wypadł w dziewczynie myśl, która utrzymywała zaklęcie. Siły, które jeszcze przed chwilą panowały nad Sariną gdzieś prysły. A Asundari De-Bur patrzyła bezradnie czekając na to, co się wydarzy. Ziemia zaczęła drgać, w oddali doszedł je coraz donośniejszy chlupot śmiercionośnej wody.
Erwiu bardziej przytomna w tej sytuacji, rzuciła się w cwał po śliskim mule. Chciała ratować sytuację. Przebudzona z letargu nieco ogłuszona złotowłosa zwinnym ruchem zmieniała laskę w klingi i schowała je do pochew. Przywarła do szyi karoszki. „Musisz się trzymać Kim!” – wspierała się. Wtem przed oczyma przerażonej szanstarki ukazał się koniec drogi. Brakowało jeszcze kila kroków zwinnej Erwiu. Choć trwało top kilka sekund dziewczynie wydawało się i ciągnie się to godzinami.
Kiedy Asundari spojrzała w stronę brzegu, z którego przybyła zobaczyła jedynie kłęby gęstej mgły leniwie snującej się po lazurowej tafli rzeki. Sarina była dziwną rzeką, raz jej wody by spokojne, zaś kilka sekund później potrafiły przypominać wzburzone morze. Na tym polegał urok owej rzeki, a może nie tylko na tym…
Brzeg nie okazał się złocistą piaszczystą plażą, ani nawet kamienista plażą. Był polem pszenicy.
– Jak my teraz wrócimy?… – jęknęła.
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Białowłosa zeskoczyła z konia. Zaczęła brnąć w złotych kłosach zboża.
– Lato… – westchnęła spoglądając w słońce. – Kiedyś uwielbiałam tę porę roku. Teraz kojarzy mi się wyłącznie z…
Nagle w dziewczyna znieruchomiała. Bowiem dostrzegła sylwetkę ludzką.
Powoli, stopniowo zaczęła biec, lecz gdy tak biegła zrozumiała, iż nie wie o to ma zapytać. W ogóle nie wiedziała, co tu robi. Opanowała się. Pomału, spokojnie ruszyła piaszczystą miedzą. Główkowała nad pytaniem, przecież nie walnie mu: „Przepraszam, gdzie mam iść?” Jeśli ona nie wie, to on tym bardziej.
Dziwny osobnik nie wykazał najdrobniejszej reakcji, kiedy dziewczyna podeszła bardzo blisko niego. Zakapturzona postać w śnieżnym habicie miała przewiązany bordowy pas wokół bioder. A twarzy spod kaptura nie sposób było dojrzeć.
– Przepraszam… – zagadnęła nieśmiało.
Postać poruszyła się. Serce dziewczyny znów zamarło. Nieznajomy uniósł ręce odziane w długie, dzwoniaste rękawy i utworzył świetliste kule. Jak marmurowa figura schował ręce na podobieństwo bailanów. Zdawał się obserwować spod kaptura kule, kierować nimi.
Zaiste, świetliste płomienie zaczęły szybko coś malować w zbożu delikatnie kładąc kłosy przy samej ziemi. W kilka sekund powstał mistyczny wzór, nieznany z ksiąg, opowieści ani nawet z rycin nikomu ze świata ludzi. Mozaika zaśmierdziała ozonem i czymś jeszcze, lecz tego zapachu nie da się opisać.
Wtem milcząca postać obróciła się w stronę zaskoczonej Kim. Nic nie powiedziała, pokazała natomiast kierunek północny.
– D… Dziękuję… – wydukała dziewczyna.
Nieco zdezorientowana wskoczyła na Erwiu. Ruszyła we wskazana stronę. Na horyzoncie zabłysnął pastelową zielenią las. A drzewa tego arkadyjskiego lasu były z lodu i jak lód zimne. Powietrze zadęło suchym, mroźnym powiewem.
Kim, przezorna miała przy sobie płaszcz od Falkona. Z nozdrzy obojętnie wkraczającej w bór Erwiu buchnęła gęsta para.
Otoczenie było jasne od promieni słonecznych jednak światło, które odbijał las było sinoniebieskie. Z chłodnego, lodowego zbiorowiska drzew ukazała się czerń cierniowych krzewów. Grube, kolczaste pnącza wiły się na zmarzniętej ziemi, na której nie było ani lodu ani śniegu. Był tam jednie sztywny z zimna mech.
Opary, które spowiły tą okolicę wydawały dźwięki przypominające oddychanie śpiącej bestii. Knieja stała się ponura. Zlodowaciałe, chłodne drzewa zaczęły nabierać brunatnych barw, powietrze dmuchnęło wilgocią. Ściółka nasączona wodą oddawała swój specyficzny zapach.
Dziewczyna wyciągnęła papirus z zagadką. Senny, mroczny klimat powykrzywianych drzew, zniewolonych przez pazerne ciernie zaniepokoił Kim. Jeszcze przed chwilą wszystko było takie spokojne i w miarę wydawało się niegroźne. Jednak ta kraina, była istotną anomalią ludzkich myśli. Ciągle się zmieniała, szybko bez zastanowienia, nagle i niespodziewanie.
Asundari czając się w siodle wędrowała w gęstej mgle oddając się całkowicie intuicji nawigacyjnej Erwiu. Przez dłuższą chwilę szanstarka zastanawiała się nad tym, dlaczego nie widziała tu żadnych zwierząt, prócz motyli o zamarzniętych skrzydłach. Panowała kompletna, przenikliwa cisza, nie było ptaków, ni istot mogących wydawać jakiekolwiek dźwięki. Każdy dźwięk łamanej gałązki przez masywne kopyta klaczki odbijał się echem po okolicy. Głuchą ciszę rozdzierały jęki i westchnienia mistycznych oparów znad bagien. Złotowłosa powoli zagłębiała się w gęste pnącza wijące się, jak jadowite węże po ziemi. Aż w końcu dotarła do niebosiężnego muru z kolczastych pnączy. Nie do przebycia dla konia, lecz ona sama mogła jakoś przecisnąć się pomiędzy odnóżami rośliny. Przeciskając się podrapała sobie plecy i dłonie, rany bardzo ją szczypały. Kilka razy krzew dorawał jej strój i rozdzierał niemiłosiernie szpikulcami. Po chwili znalazła się po drugiej stronie muru. Zastała tam zupełnie odmienny świat od tego za ogrodzeniem. To było coś w rodzaju dziedzińca wyłożony przedziwnymi, perłowymi kamieniami. Cienie rzucone przez białe słońce, snuły się stworzone przez gałęzie prastarych, obrośniętych mchem drzew. Drzewa tworzyły pierścień wokół czegoś monumentalnego. To była wieża, wieża drzewo, wysoka do nieba. Baszta-drzewo nie była zwykłym drzewem, czy basztą, bo była zbudowana z żywej rośliny i… trzech, żywych kobiet. Były one tak ogromne jak ogromna była wieża. Choć ludzkie, to tak nieczłowiecze istoty. Miały zielonkawą skórę, niemal jakby przez wieki powoli, monotonnie zmieniały się w drzewa. Ich twarzy nie było widać, fioletowo-błękitne chmury spowiły wierzchołek majestatycznej budowli. Dłonie kobiet były wyciągnięte ku górze, a dłonie kryły coś tajemniczego, coś, co przysłaniały kłębiaste obłoki. A wokół dziedzińca, rosły gigantyczne wierzby płaczące, zniewolone cierniowymi pnączami. W uszach dziewczyny piszczała cisza okrutna, cisza, która mogła doprowadzić do szału.
Złotowłosa poczyniła jeden krok. Pogłos był głuchy, stłumiony i niósł się w górę, niczym przemieszczał się po ciele kobiet-wież. Kim była sama, zupełnie sama. Słyszała jak nieziemskie stworzenia oddychają, słyszała jak biją ich serca. Asundari naprawdę się bała i nie ukrywała tego. Powietrze ponownie zamarło, niemal stanęło w miejscu. Szanstarce coraz ciężej było oddychać. Czuła jak jakieś niewidzialne długie i lodowate palce suną po jej karku. Wstrząsnęły nią dreszcze.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: