Fragmenty

ROZDZIAŁ I

Stojąc wśród nieznanego lasu, powili czujesz jak znikasz. Każdy szum koron drzew zagłusza Twoją obecność. Zacierają się Twoje ślady. Powili zaczynasz rozumieć, że jesteś tylko obserwatorem, którego niby nie ma a jest.
Las zdawał się żyć, tętnic niczym serce nieziemskiego organizmu. Oddychał. Z daleka dobiegały ciche westchnienia lub może szeptane słowa. Wszystko to się mieszało, mieszało i nie możesz odnaleźć właściwego toru. Właściwej drogi do zrozumienia tego wszystkiego. Czujesz jak zamyka się wokół Ciebie pierścień niepewności, niepewności i niewiedzy. Jak pustynne, bezwiedne ziarenko piasku, którego los zależy tylko od wiatru wędrujesz przez pustynię.
I powili zaczynasz być wdzięczny, że nie jesteś zbliżającym się cieniem światła. Wtedy widzisz jak starzec wśród tego ciemnego lasu kroczy zatartymi ścieżkami. Pewnie sam nie wie, że idzie powłócząc laską.
Dziadek ubrany w łachmany mrużył stare oczy, aby dojrzeć cokolwiek w ciemności przesłoniętej księżycowym blaskiem. Poczuł się bardzo zmęczony podróżą. Noc już zapadła i niebo zasypały gwiazdy, toteż postanowił odpocząć. Drzewo, które wypatrzył w świetle księżyca doskonale się nadawało. Ciężko opadł na ziemię i oparł się o pień. Zaczął rozmyślać o tym wszystkim, co go otaczało, jak bardzo jest samotny wśród lasu od wielu dni.
Być może jego rozważania były słuszne, a już najsłuszniejsze były wtedy, gdy myślał o czyhającym na niego niebezpieczeństwie. Kraina, do której dotarł była niesamowita. Nie powinien się do niej dostać, sam nie pamiętał jak to się stało. Zamknięta na wieki przez czas. Gwiazdy zawsze zwodziły, żaden kierunek, żadna droga nigdzie nie prowadziły. Kraina zamknięta przez czas, odurzona przez kłamstwa i uciszona przez noc.
Usiadł pod drzewem i westchnął spoglądając na niebo. Siedział tak a sen nie przychodził, mimo zmęczenia. Mijały minuty, godziny dni, miesiące, lata. I starzec dalej siedział na miękkim mchu zapatrzony w niebo. Widział jak ogień wędruje na źdźbłach traw. Widział też jak umierał świat o poranku i jak odradzał się, aby wieczorem sapać, a rankiem znów umrzeć. Jego oczy widziały, choć pod zamkniętymi powiekami zalegały. Czuł powiew chłodu, mimo że wiatr chłostał nieżywe jego kości. Starzec szukał swego głosu w piersiach, lecz go nie znalazł. Z pokorą pogodził się ze swym losem i oddał się Czasowi doszczętnie.
Pewnego dnia rozdarł się las, jak płótno. Gdyby miał oczy jego wzrok na pewno pokierowałby się w tamtą stronę, jednak widział wszystko bez nich. Z rozdarcia wyskoczyła płowa klacz. Zarzuciła energicznie grzywą i prychnęła. Klacz nie była sama. Na jej grzbiecie siedziała amazonka. Cóż za cudowna amazonka dosiadała tak śliczną klacz! Noc spowiła krainę odciętą od reszty świata, ukrytą pod stertą zapomnianych przejść. Blask tysiąca piór w hełmie boskiej amazonki zalśniły dziko. Miliony piór kolibra przytwierdzonych do czaszki stwora zdobiły głowę amazonki. Pióropusz ciągnął się aż do łydek boginki. Starzec mógł to określić, bo niesamowita postać zeskoczyła z konia. Wtedy też już nie gwiazdy przyciągały jego ślepy wzrok, lecz szklany łuk i obsydianowi strzały chroniące amazonkę. Noc przygasła nieco, księżycowa tarcza przetarła się. Boginka błysnęła cięciwą z lodu w półświetle. Zdawała się zerkać na starca. Ten nie mógł się poruszyć, wiernie siedział tam gdzie od wieków. Postać w szatach z efemerycznych atłasów brodziła w trawach i leśnych ścieżkach zmierzając do dziadka. Starzec widział tylko jej usta, figurę i błysk łuku. Kiedy podeszła do niego, poczuł jej delikatny oddech. Gwiazdy zamarły w bezruchu a ogień, który co wieczór przenikał las nie przeszedł tędy, tak jak robił to od zarania dziejów.
Boginka podeszła i ukucnęła nad starcem. Ten nie poruszył się, nie mógł. Już od wieków był tylko szarą stertą kości. Od chwili, kiedy kobieta podeszła do niego i dłonią zamknęła jego nieistniejące powieki, już nigdy niczego nie zobaczył. A jego dusza odeszła spokojna w zaświaty. Nie lękając się szpon wydzierających istnienie żądając zwrotu tego, co należy do Krainy.
Boginka ruszyła dalej. Nie spiesząc się i spoglądając w gwieździste niebo. Jej kolibrze skrzydła zafurkotały dziko, kiedy niebo zaczęło jaśnieć. Płowa klacz rozbijała kopytami zapomnianą, leśną ściółkę, mijała zgorzkniałe konary i samotne pnie. Wszystko mijało. Mijały sekundy, mijał tętent, mijały drogi, których nie było. Las krył je, był ich iglastą kołdrą. Jagodowym prześcieradłem, a paprocie poduszką. Sny były w gwiazdach i zaczęły się snuć, kiedy teren zaczął się podnosić. A jeszcze bardziej wszystko stało się nierealne, kiedy chmury okryły podróżniczki. Zaczęły wędrować po chmurach, po niebie nocnym. Zwinnymi susami klacz przeskakiwała z jednego obłoku na drugi. Kiedy tak skakała niczym kozica, w ułamku sekundy nie było już chmur, ani nieba. Były na stepie. Stepie bezkresnym i suchym, spękanym z zagubionymi kępami traw. Wszystko stało się nagle. Zatrzymały się. Boginka spojrzała bez bólu za coraz jaśniejsze niebo. Słońce niemal dotykało czubkiem głowy horyzontu. Krzyknęła dziko, a echo poniosło jej głos. Płowa klacz rzuciła się w nieznaną przestrzeń. Kurz i pył wzniósł się i zanim opadł ich już nie było, w zasięgu jego wzroku.
Gdzież zmierzała bogini, na płowej klaczy?
Być może szukała odpowiedzi w niezrozumiałych i nielogicznych zjawiskach. Być może się bała.
Szalona prędkość, bez wytchnienia trwała. Kępy traw rżnące kopyta. Palące powietrze czujące zbliżający się rozgrzany pręt słońca, który będzie wypalał zmarszczki na potrzaskanej suchością ziemi. Dalej, kolejny dzień, męki i pragnienia kropli wody. Albo kropli krwi spod końskich kopyt.
Słońce już pokazuje czoło.
Teraz jeszcze szybciej trzeba dać z siebie wszystko. Boginka przykuliła się do klaczy. Wiatr wyrwał kilka piór kolibra z pióropusza. Ale to już minęło. I nie ma ich w zasięgu wzroku wyrwanych piór. Są gdzieś tam, goniąc za horyzontem i tarczą słoneczną.
Słońce ukazało swe brwi.
Stop. Zatrzymały się tak samo nagle jak ruszyły. Przed nimi leciał jęzor ognia. Rozwijał się i zbliżał. Gorąca ślina paliła wszystko, co jeszcze zostało. Kawał ziemi się ułamał tuż przed nimi, niemal jak odrysowany od linii krawędzi kopyt klaczy. Od ich krawędzi po horyzont nie było już nic. I to je uchroniło. Bo tuż przed ich twarzami jęzor zakończył swoje istnienie. Wypalił się. Nastała przenikliwa cisza. Ale tylko przez chwilę. Bo zaraz po tym zza urwiska syknęły świsty. Ogromna połać babiego lata skropionego rosą, zawisło nad przepaścią wiodąc w nieznane. I nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż babie lato było tak ogromne, że klacz i amazonka w porównaniu z nim, były wielkości ziarenka piasku na ludzkiej dłoni.
Czas mijał a one jechały po jedwabistej nici pajęczyny. Zagłębiały się w mgłę, która zdawała się śpiewać tysiącami głosów. Głosów tajemniczych mieszkańców tego hermetycznego miejsca. Kiedy one zatracały się w płynącym dziko czasie zza horyzontu wyłoniły się wieże. Wieże Świętego Przybytku. Gruba nić, po której jechały skuta była teraz lodem, a potem śniegiem, później znów była tylko zroszona.
Kiedy oddana zatraceniu i ekstazie piękna przebyła Drogę Zapomnianych dotarła do bram cytadeli. Witraże w oknach milionami barw przysłoniły blask jej pióropusza Retnah spojrzała podejrzanie na cienie ślące się w zakamarkach. I słusznie, bo wyłonili się z nich strażnicy. Mężczyźni z przepasanymi czarną opaską oczami. Przemówili w dziwnym języku do boginki. Nagle wiatr zawiał mocniej. Klacz z niknęła, zniknęli strażnicy. Retnah była w środku katedry. Echo i szemranie przemykało po cichu. Z cienia kolejny strażnik dał znać, ze ma cię udać za nim. Mijali korytarze żywych korzeni podtrzymujących alabastrowe szkła. Mijali ogień, wodę, ziemię i wiatr. Wtem, kiedy schody zaczęły się kończyć i zjadała je nicość strażnik podał fiolkę bogini. Kulisty flakonik z czarnym płynem rozdarł wnętrze przełyku Retnah.
Skulona, jak małe dziecko siedziała pod ścianą, na dnie. Odbiła się. Wtedy ziemia dotknęła jej stóp. Była w komnacie.
– Chcę ją stąd zabrać. – powiedziała błyszcząc pełnymi ustami.
Sala drgnęła od ciepła jej tonu. Ściany biegły gdzieś w nieskończoność, pochodnie oświetlały tylko te fragmenty, które powinny być oświetlone, resztę skrywały w niedopowiedzeniach.
– Nie oddam ci jej. – odezwał się głos wydobywający się ze ścian. – To zbyt potężne stworzenie by chodziło po świecie żywych.
– Ona nie jest twoja. – powiedziała boginka stanowczo.
Ściany znów zadrgały, niczym urażone. Firanka w oknie zafalowała na wietrze, odsłaniając witraże i lustra tworzące okno. Dalej była nicość.
– Po cóż ci ona? Czyżbyś chciała ją wykorzystać? Przeciw bogom, przeciw ludziom?
– Chcę ją uwolnić spod waszych skrzydeł.
Rozległ się śmiech. Pomarańczowe oczy przesunęły się po ścianach, wędrując po nich.
– To ci się nigdy nie uda.
– Oddajcie ją, światu gdzie się narodziła! – wrzasnęła Retnah.
– Sama nam ją oddałaś.
– Teraz odbieram.
Pierś bogini rozerwała się. Nim zdążyła wziąć kolejny oddech znalazła się w korytarzu z lian i drzewiastego miąższu. Gdzieś pod stopami stróżki wody płynęły niczym krew zamknięta w korytach żył. Jasne słońce przemykało między włosami drzewiastych form, zagubionych korzeni, co myślały, że ziemia jest w górze, a nie w dole. Kładąc ażurowe cienie na kamienną posadzkę. Zza dalekiego końca korytarza wyłoniła się srebrna postać. Mistyczne szaty okrywały garb i chude dłonie dziwnej istoty.
– Choć do mnie. – odezwała się postać miłym, całkiem ludzkim głosem i zniknęła.
Retnah szybkim krokiem ruszyła, czuła jak jej ubranie przenikają zdradliwe promienie słoneczne, które promieniami nie były. Podeszła do drzwi wykutych w pniu drzewa, zarośniętych zielenizną i kwiatami. Klamki nie było, nie były to drzwi, to była iluzja. Jednak wyciągnęła dłoń ku nieistniejącej klamce. Drewniane ręce wyłoniły się z drzwi i złapały ją w żelazny uścisk przeciskając do środka.
– Cztery lata temu z błaganiem nam ją oddałaś, a teraz zabierasz? – odezwał się głos. – A może jest zupełnie inny powód, który cię tu sprowadza?
Stare stworzenie szeleszcząc szatą i stukając magiczną laską przesunęło się w gołąb komnaty. Zupełnie pustej komnaty.
– Nie wiem czy wiesz, a na pewno wiesz, że nie jesteś tu mile widziana. Mówię to dla twojego dobra, wiesz, co mam na myśli. – istota nie odwracając się wolno odchodziła od Retnah.
– Salute… – odezwał się głos boginki, nasycony bólem i żalem.
Stworzenie usiadło przy kamiennym biurku. Teraz bogini mogła wyraźnie zobaczyć, że postać ty tylko skóra naciągnięta ciasno na kości. Oczu w ogóle nie było, oczodoły były zarośnięte ścięgnami. Na stole pojawiły się kartki, później przypłynęła czerwona maź. Czerwona krew comiesięczna kobiety, a później kamienie, jak grzyby wyrosły z tej mazi. Stwór zanurzył swoje palce w substancji, nie miał dziesięciu palców, lecz więcej. Palce urosły i przegrzebywały maź powolnymi ruchami.
– Nie może cię ani zobaczyć, ani poczuć. Nie patrz na nią. Zabieraj Czarodziejkę Światła i uciekaj stąd.
Komnata zadrżała, ściany pękły.
– Uciekaj. Nie zadzieraj z Anatemą. Choć, chyba dla ciebie jest już za późno…
– Co widzisz? – zapytała bogini. Poczyniła krok wprzód.
Postać niespokojnie poruszyła się. Retnah poczuła ostry ból w kończynach, z jej ust popłynęła kropla krwi. Zupełnie, jakby została czymś uderzona.
– Uciekaj!
Kamienie z sufitu z trzaskiem rozbijały się o podłogę. Szpary ścian zaczęły rozrywać jęzory nicości. Postać przygarbiona i zapatrzona w swoje dzikie palce zaczęła się rozpadać, jak ulepiona z piasku forma. Retnah uciekła, jak się ucieka nie uciekając. W nieznane, gubiąc się rzeczywistości.
Poczuła chłód. Wtedy zrozumiała, że stoi po środku komnaty. Niewielkiej, jasnej komnaty. Należącej do adeptki Świętego Przybytku. Piękno w prostocie tego miejsca było przejmujące. Ściany z perłowej masy chroniły jedynie łoże i kilka szafek. Wszystko perfekcyjnie czyste, gładkie, błyszczące. Ażurowa narzuta na łoże była jedyną ozdobą… Nie, nie była. W kryształowym flakonie stały kwiaty. Żółte kwiaty. Usta Retnah lekko się uchyliły.
– Te kwiaty…
Zauważyła, że firany w wysokim oknie muskają posadzkę. Balkon był szeroko otwarty. Zostawiony, jakby w pośpiechu niedomknięty. Boginka wyszła na zewnątrz. Widok, który ujrzała ścisną jej serce, jak silna męska dłoń. Musiała złapać za framugę, by się podeprzeć.
Tak dawno tu nie była. Tak wiele wspomnień obudziło się zakopanych w nieświadomości. Teraz nagle odżyło i trysnęło ostrym strumieniem bólu. Bardzo niechciane słowa przeszłości rozerwały ścianę, która tyle lat mozolnie układana była przez zaprzeczenia. Zaprzeczenia, kłamstwa, oszustwa, które chroniły ją przed szaleńczą rozpaczą.
Przestrzeń. Ogromna przestrzeń wolności. Góry na zachodzie i setki kilometrów lasów, stepów, łąk i pustyń. Perfekcyjnie połączone ze sobą składniki tworzyły nieziemską mozaikę. To była idylla. Stworzona przez doświadczone ręce Matki Ziemi, która wydziergała świat z nici Wszechświata. I właśnie tutaj niewiadomo jak ani kiedy powstał Święty Przybytek. Miejsce dla powierników magii. Uczniów, uczonych, nieludzi. Tych, który będą nieść światło w tunelu rzeczywistości.
Boginka podeszła bliżej balustrady. Była strasznie wysoko. Nigdy nikt nie przeliczył pięter, ani wysokości w żadnej jednostce. To niemożliwe. Było to zbyt ogromne i zbyt starożytne miejsce, aby próbować stosować miary i porównania. Nie dziś, nie teraz. Nigdy.
…Są rzeczy, tam daleko, których nam dotknąć nie wolno. Uchylone drzwi przez wyobraźnię tworzą zmieniony obraz tego, co jest naprawdę. Święty Przybytek w mojej głowie jest nie kształtny, widziany przez pryzmat rzeczywistości, w której się wychowałam. Zbyt prostej, żebym mogła wyrazić pewne rzeczy.
Retnah widziała w dole krzątające się młode adeptki i strażników. Gdyby nie jej boski wzrok praktycznie nie widziałaby nic. I powoli zaczynała rozumieć. Że bardziej przybyła tutaj nie dla Wielkiej Sprawy, lecz dla siebie. Chciała zobaczyć osobę, którą kochała ponad życie.
Podeszła do wazonu z żółtymi kwiatami. Były niesamowite. Nie dlatego, że pięknie pachniały, a dlatego, że nie były stąd. Były inne, wyjęte z innej przestrzeni czyjąś ręką. Skąd miała je młoda adeptka? Na to pytanie Retnah musiała sobie sama odpowiedzieć.
Asundari nie było w komnacie. Boginka postanowiła zaczekać. Wzięła jeden z kwiatów i zamyślona usiadła na łóżku. Pogładziła białym palcem alabastrową łodyżkę i aksamitne płatki. To było fascynujące, zupełnie jakby dotykała artefaktu. Jakiejś rzeczy, której nikt inny przez setki lat nie dotykał. Lecz w jej ciele kłębiły się zapadłe uczucia. Po policzkach płynęły suche łzy, a za uśmiechem zachwytu kryła się rozpacz.
Nie chciała tu przybyć. Nie chciała tu być. A może chciała…
13 X 2006—————————————————————————–
Ta iluzoryczna chwila trwała krótko, choć Retnah leżała na łóżku i rozmyślała, jej wydawało się, iż minęło kilka godzin. Szelest ptasich skrzydeł przeciął głuchą ciszę. Biały, potężny ptak przeleciał przez pokój i wylądował na stalowym drążku przymocowanym do ściany. Orzeł rozejrzał się i sięgnął dziobem do zdobyczy zaciśniętej między jego potężnymi szponami. Boginka otrzeźwiała.
Niedaleko niej stała jasna postać. W drzwiach balkonowych, muskana powłóczystą firanką.
– Wiedziałam, że kiedyś wrócisz po mnie. – odezwały się filigranowe usta.
Retnah wciąż odwrócona plecami do postaci spuściła wzrok.
– Jesteś nam potrzeba. Pamiętasz?
– Po czterech latach w tym zamkniętym świecie nikomu już nie jestem potrzebna. Lubię być tutaj. Sama ze sobą. – srebrne obręcze i bransolety na nadgarstkach dziewczyny zadzwoniły, dzwoneczki na stopach zabrzmiały w takt kroków. A szelest transparentnych materiałów, nieznanych światu zewnętrznemu brzmiał jak szelest kłosów na słońcu latem.
– Nic nie pamiętam. Od wtedy. Nic. I boję się do tego wracać. – odparła Asundari wpatrując się we wdzięczne płatki kwiatu odebranego słodkiej wodzie w dzbanie.
– Pamiętasz, jak wiozłam cię przez las i krzyczałam, prawda?
– Tak. Tylko to mogę sobie przypomnieć. Ale wydaje mi się, iż to był sen niż rzeczywistość. Tak. – zamyśliła się. – To mi się na pewno przyśniło. A ty znasz moje sny…
– Widziałaś Salute? – przerwała boginka.
– Kim ty naprawdę jesteś? – stanowcze oczy dziewczyny wreszcie spotkały się z ukrytym pod pióropuszem spojrzeniem Retnah.
– Boginią, opiekunką myśliwych… Żoną Anona. Matką Salute. Retnah.
Kwiat trzymany dotychczas przez boginię zaskrzypiał. Asundari zrobiła dziwny wyraz twarzy, oczy jej utkwiły w kwiecie. Łodyżka się wygięła w konwulsjach i zaczęła szarzeć. Roślina zaczęła się wić na śnieżnej pościeli kurcząc się i błyskając, co chwila innym odcieniem szarości. W końcu zmalał do wielkości żołędzia i piszcząc dziko pyknął znikając.
– Już to kiedyś widziałam… – szepnęła Retnah.
– Nie widziałaś. – zmarszczyła brwi dziewczyna.
Na pościeli powoli zmaterializował się żonkil. Zwinięty w obręcz. Mały… Był pierścieniem. Delikatnym, subtelnym z osadzonym kryształowym kamieniem. Nic nadzwyczajnego, mogłoby się wydawać.
Asundari podeszła do łóżka i znacząco wyciągnęła prawą dłoń. Retnah nie czekała długo. Nałożyła srebro na palec serdeczny adeptki.
– Ile mam czasu? – zapytała szanstarka.
– Niewiele.
– Za godzinę już będę w drodze. – odpowiedziała dziewczyna. – Ale nie wyjdę stąd sama…
Asundari obróciła się na pięcie, wyszła szybkim krokiem na balkon. Retnah zobaczyła ten jej uśmiech, ten z dawnych lat. Mimo wszystko, mimo, że zapomniała wiele, była wciąż tą samą dziewczynką.
– Zaczekaj. – zatrzymała ją. – wstała łóżka nerwowo. – Twój wuj, Anon…
– Co z nim? – przerwała szanstarka.
Retnah zamarła. Nastała niezręczna cisza. Bardzo niezręczna.
– Nic. Jedź do Heze. A co dalej, sama będziesz wiedziała.
I Asundari wyskoczyła przez balkon. Retnah słyszała jak ze świstem rozkładają się jej skrzydła i prowadzą ją na bezpieczną drogę. Łza zakręciła się w oku boginki. Nie wiedział, że to spotkanie będzie ją tyle kosztowało. Tak wiele, iż zabrakło sił na wszystko, co chciała przekazać…

ROZDZIAŁ II

Asundari szła korytarzami, schodami, mijała zamarzniętą posadzkę i skały zatopione w pyłku ważek. Musnęła zasłony z wiatru i skręciła na drogę z liściastych kwiatów. Żyjących bez ziemi, samym słońcem i powietrzem. Taras wydawał się ogromny. Woda chyba się zagubiła w jego korycie szemrząc z cicha. Dziewczyna oparła dłoń o poręcz z zieleni, która pomogła jej zejść niżej i niżej. Gdyby ktoś z nas, żywych, „normalnych” tamtędy szedł mógłby starać się zrozumieć każdy milimetr tego miejsca. Ale nawet stojąc tam dłuższy czas nie zrozumiemy niczego. Asundari oddała się biegowi wszystkiego, co ją otaczało. Była tylko gościem, który, przez grzeczność nie wtrąca się i nie przypatruje.
Altana całkiem zarosła, ale jej alabastrowe kolumienki wyglądały nieśmiało zza zielonych liści poprzetykanych czerwonymi kiściami kwiatów.
– Wejdź. – usłyszała głos.
Weszła do altany przepasanej długim warkoczem porannego słońca. Okna wyglądały na wzgórza, kwity patrzyły w niebo, udając, że jej nie widzą. Sadzawka wyżłobiona przez czas zalśniła srebrem w oczach Asundari.
– Ciii. – odezwał się głos z sadzawki. – Słyszysz jak śpiewają? – pokiwała ciałem z wolna uciszając wzruszoną wodę.
Przybysza milczała rozkoszując się aksamitną trawą pod jej stopami.
– One tak zawsze. Zawsze rano. A potem milczą. Każdego wieczora czekam na poranek, aby to usłyszeć. Każde popołudnie jest wyczekiwaniem. I wiesz. Kiedyś nigdy nikt tego nie będzie słyszał. Nikt…
– Ja nic nie słyszę. – odpowiedziała szanstarka.
Dziewczyna o kasztanowych włosach poruszyła się nerwowo. Jej zielone oczy otworzyły się szerzej, dotychczas utulone rozkoszą. Westchnęła.
– Po co przyszłaś? Nigdy tutaj nie zeszłaś.
– Odchodzę. A ty razem ze mną. Do ludzi, do Zewnętrznego Świta.
Salute usiadła na krawędzi brodzika. Powoli, jakby ją sparaliżowało. Jej cudne miodowe włosy wyschły dotknięte słońcem, jedynie mokry pozostał pas białych końcówek.
– Nie mów mi, że dziś ostatni raz Je słyszę. Nie mów mi, proszę… – zatrzymała wzrok na swoich paluszkach stóp zanurzonych lekko w wodzie.
Asundari cofnęła się. Odwróciła i wyszła. Jeszcze raz się odwróciła i zobaczyła jak Salute gładzi dłonią struny promienia słonecznego. Nikt nie wiedział, co słyszy ta dziewczyna, nikt nie wiedział i się nie dowie.
ROZDZIAŁ III

Retnah pobieżnie znała zasady obowiązujące w tym miejscu. Wiedziała jednak, że została skierowana do pokoju, w którym musi zaczekać na wieczór. Kiedy to miały się odbyć obrady i pożegnanie adeptki. Wędrując korytarzami, skomplikowanymi zakamarkami i tajemnymi przejściami powoli zaczęła się gubić. Gdyby nie strażnik prowadzący ją bezbłędnie, zginęłaby tutaj bez wątpienia. Nadziwić się nie mogła, jak można w umyśle stworzyć taką konstrukcję, a potem ją stworzyć. Zdziwienie też budzili strażnicy i przewodnicy. Niby każdy pełnił inna funkcję, a wszyscy wyglądali tak samo. Jak świetnie zbudowani mężczyźni, przywdziani w śnieżnobiałe pantalony. Ich oczy wiecznie były przesłonięte czarną przepaską, poza tym nie mieli nic więcej na sobie.
Ściany z zielonkawego ni to żywego, ni to martwego tworzyła koiły swoją przymilną zielenią. Gustowne świece były trzymane przez łodygi, tak łodygi nie pomyliło mi się, wyrastające za ścian. Połączenie podłogi i sufitu było lekko wybrzuszone, pozbawione kątów strych. Czasem gdzieś przypadkowo opuszczone nasiona kiełkowały i błyszczały lilowymi i żółtymi kwiatami, czasem nawet czerwone płatki można było zobaczyć. Czuło się tutaj miło, przyjemnie i rześko. Jak na przechadzce lasem w letni poranek.
Pokój był nieduży, położony chyba gdzieś w dolnej części cytadeli. Czuło się czasem, a przynajmniej Retnah czuła ogromny ciężar, jaki muszą dźwigać ściany, niemal słyszała ich wysiłek.
Tutaj nie była boginią, nie była Retnah, bezimienne stworzenie. To jej się podobało, mogła się położyć, nie czując na barkach odpowiedzialności, jaka na nią spadła. Była nikim istotnym. Do tej chwili nie wiedziała, jak bardzo tego potrzebuje.

ROZDIAŁ IV

Nadeszła za siedem siódma. To dobra godzina na rozmowy. Słońce leniwie dotknęło ośnieżonych szczytów odległych gór.
Asundari wkroczyła do ogromnej, okrągłej sali. Jej wschodnia część była poprzecinana cienkimi kolumnami, dalej była przestrzeń i zachodzące słońce muskane przez ciepły wiatr. Alabastrowa posadzka z pieczołowicie ułożonych kawałków magicznego minerału pobłyskiwała lekko. Ciężkie zasłony spętane kosztownymi sznurami zostały obstawione przez strażników. Asundari zbytnio się tym nie przejmowała, wiedziała, że tutaj nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet, jeśli wydaje się bezsensowne z początku.
Reprezentantki każdej z grup usiadły w kole, na brzegach wytłoczonej w podłodze mandali. Szeleszcząc przewiewnymi szatami zagłębione w pokorze i ciszy. Przyszła przełożona, nagle zapłonęły świece na wokół czarodziejek a w samym środku kręgu ogień. Wielki płomień lizał posadzkę i ogrzewał obecnych. To było niezwykłe ciepło.
Niewielu zauważyło, że za drzwiami o fantazyjnym, nietypowym kształcie stała Retnah. Nie mogła tam wejść, ale mogła patrzeć.
Widziała jak sadzają Asundari w środku kręgu. Każą jej się skulić, odwrócić wzrok od pozostałych, jak ma zamknąć się w sobie. Widziała ogień, który lizał ciało bratanicy Anona. Dziewczyna nie krzyczała, być może nawet nic nie czuła. Mentorka, która pojawiała się niewiadomo skąd stanęła gdzieś z boku, cieniu. Wszystko ucichło. Muślinowe firany zaszeleściły niespokojnie, strażnicy cofnęli się jak na rozkaz. Zwierzchniczka zaczęła szeptać, szmer niemal zrównał się z szumem wiatru w delikatnych kotarach. Potem zatrzaskał ogień, dziewczyny poruszyły się spazmatycznie. Szept. Wojownicy padli na kolana i wyciągnęli z własnej skóry ogromne, grube kije, którymi zaczęli uderzać w bębny. Dziewczęta otwierały usta, śpiewając, jeśli można to tak nazwać. Człowiek, ani żadna istota zbyt zwyczajna, pospolita, taka jak ja, nie potrafi nazwać tych dźwięków. Tego ukojenia, tego omdlenia, które towarzyszyło tym zjawiskom. Głos. Ciepło płynnych ruchów cieni, przelewających się po płomiennej posadzce. Napięcie słów, coraz to mocniejszych, dzikich, wyzwolonych, krzykiem opętanych… Bębny, siła ramion, napięcie mięśni. Wrzask!
… Już nie wiem czy wciąż tam jestem, czy mnie nie ma.
Asundari otworzyła zamknięte ramiona wokół głowy. Poczuła wilgoć w okolicach kolan. Klęczała w płytkim kamiennym brodziku. Owalny zbiornik wypełniała zielonkawa wodą. Na jego brzegach płonęły znicze, symbolizujące przedstawicielki Grup. Słyszała muzykę, która była jak narkotyk. Dźwięki były jakby niedostępne, niemal jak za szklaną szybą, a jednak słyszalne. Emocje, które był przez nie niesione tak niezwykle wyczuwalne i silne.
Najpierw zadudniły bębny, woda zaczęła pulsować w rytm uderzeń. Po plecach i ramionach przeleciał dreszcz. Mrowienie i ból wbitych szpon w ramiona. Gdzieś jakaś smuga światła utworzyła mistyczne dłonie, dwa wie, cztery, sześć. Czerwone pręgi zaczęły meandrować w dół ciała szanstarki, tworząc dziwaczne znaki i kształty. Rytm, ruch. Szybki, łagodny jak woda, jak pierwszy dotyk, aksamitny. Strugi krwi. Krzyk. Bębny. Coraz szybszy oddech. Cierpienie. Wdech. Jeszcze jedna kreska wydarta na ciele. Wydech. Szybciej. Mocniej!
… Teraz!
Wszystkie palczaste dłonie zbliżyły się do brzucha dziewczyny zagłębiając palce w pępku, rozrywając dziewczynę. A że ręce były metaforą, przeszły przez jej ciało nie uszkadzając go.
Asundari spojrzała na dłonie przylgnięte do pulsującego w agonii brzucha.
Retnah cofnęła się. Szaleństwo obrzędu było nieludzkie, nawet dla niej. Dziewczęta siedzące na okręgu wpadły w trans. Ciało, leżące po środku wydawało się zagłębiać w mozaikę skał tworzącą mandalę. Żar płomieni, które raz po raz lizały posadzkę, zbliżając się do zebranych rozjaśnił salę. Te emocje, były tak niezwykłe, tak silne. Ciepło kładące aksamit na skórę zebranych. Ruchy płynne, zaraz potem szaleńcze drapanie paznokciami ziemi. Lecz wciąż na tym samym miejscu. Wszystko było żywe, lecz nie realne.
Wzrok ciemnej postaci, będącej na uboczu, przełożonej lekko drgnął, zmienił się kąt padania światła. Właśnie wtedy, jedno z ogniw łańcucha bijącego podekscytowania wstało – Salute.
Retnah nie mogła tego znieść. Byłą tak blisko. Tak blisko swego jedynego dziecka. I tak blisko jego śmierci. Musiała odejść… Lecz choć chwilkę, chciała popatrzeć. Te ciemne włosy, jak kakao, zakazane podczas świąt i ta biel końcówek wyznaczona ścisłą granicą włosia. Kocie ruchy, skradającego łowcy – córka boginki i greenwoda. Dziw natury. Nigdy, przenigdy nie mogła spojrzeć w oczy pierworodnej, to była klątwa, kara, pokuta. Jeden moment i śmierć zacisnęłaby pętlę na szyi młodej adeptki. Jedno spojrzenie matki w jej szare oczy i nastałby kres jej żywota.
Salute zaciskając wargi podeszła do Asundari trzęsącej się i kulącej na posadzce. Oddech szanstarki był płytki. Miód pięknych włosów pochylił się nad ciałem. Jednym drastycznym ruchem obróciła leżącą na plecy. Sięgnęła filigranową dłonią za szatę, błysnął gdzieś w powietrzu klucz. Salute uniosła go w górę, wzrok zebranych skupił się na zębatym kształcie. Płacz i rozpacz zadrgał w sali. Błaganie oraz lament z łzawym łkaniem obciążyło i tak już gęste powietrze. Bębny wybiły inny rytm. Pasma włosów i połacie szat delikatnie zatańczyły wokół Asundari. Zawirowała czerwień arrasu, tajemniczo wijąc się po mandali. Wtem krzyk wydobył się z piersi tancerki. Bębny ucichły. Wzrok bystro spojrzał na przełożoną stojącą grześ w głębi sali. Był znak. Od teraz będzie wszystko inaczej. Inaczej niż w pozornym życiu, które i tancerka i Szanstarka chciałay mieć, pragnęły, tak bardzo, ze musiały tłumić pragnienia. Tutaj w klasztorze, z zamkniętymi ustami prze tyle lat. Od teraz się to zmieni, skoro serce pragnie tak bardzo czegoś, czego nie może otrzymać, że aż boli, to trzeba w nie wbić nóż. Nie uskarży się już.
Salute uniosła klucz nad głową i ani chwili czekając wbiła go w brzuch leżącej. Przekręciła. Krew trysnęła na białe dłonie i policzki, niczym tnące sztylety. Droga znów się otworzyła.
Ale cos się stało. Coś, co nie powinno się stać. Kiedy obie dziewczyny przechodziły przez bramę, ktoś się tam wdarł razem z nimi.
– Nuwejba! – syknęła przeorka zakonu.
Było za późno. Las rozdarł się między Światem Zewnętrznym a tym, czego nie potrafię nazwać. Trzy postacie nagle pojawiły się na leśnej ściółce. Zdezorientowane. Choć być może wydaje mi się tylko.

ROZDZIAŁ V

Był wczesny ranek, słońce nieśmiało zapuściło pasma światła pomiędzy drzewa. Powietrze zaczęło delikatnie parować, wilgoć zalśniła na mchu. Pomarańczowe pasma natrafiły na przeszkodę – kilka innych postaci, po drugiej stronie lasu, na wzgórzu. Porwane połacie promieni przez jelenie rogi przyłbic mistycznych wojowników, rzuciły cienie na ściółkę. Grześ miedzy nimi skrył się lekki blask, ale… Ale nie wiem i chyba nie powinnam jeszcze teraz wiedzieć, czy to były pióra kolibra. Jeszcze nie teraz.
Dziewczyny ruszyły galopem przez las. Soczyste powietrze ożywiło ich umysły, zagłuszyło myśli. Teraz liczyła się tylko droga. Choć nie wiedziały, dokąd zmierzają. Las zamknął je w swoich szponach karmiąc posmakiem porannego słońca. Nawet w południe nie dał im więcej, a wieczorem zupełnie zabrał światło. I tak trzy dni, które zlały się w jedną, bardzo długą i monotonną dobę. Zatrzymywały się, milczały, odpoczywały, jadły i ruszały dalej.
Trzeciego dnia, późnym popołudniem zaczął padać deszcz. To oznaczało, że wydostały się poza wpływ mocy Cytadeli. Znalazły trakt, błotnisty, błoto pod kopytami koni mlaskało równo. Powoli zapadały ciemności, w dolinie zobaczyły chatę i ogromne stodoły. Niemal całe zbocze było oplecione płotem. Od dna doliny, niemal do samego duktu ciągnęły się płoty ponabijane kolcami pod zewnątrz. Później było już zupełnie ciemno.
Po godzinie jazdy usłyszały tętent jeszcze jednego konia, prócz swoich trzech wierzchowców. Potem jeszcze jeden i jeszcze jeden. Zwolniły, pozwoliły się dogonić. Zostały okrążone przez trzesz osobników. Jeden, jakby wyciągnął zza pazuchy pochodnię. Przybliżył ją do twarzy amazonek.
– Nie chcieć my tu koniokradów. – zacharczał. Nie mógł być człowiekiem. Na pewno nie był, w ognistym świetle było widać wyraźnie jego dziwnie ukształtowana, wilczą twarz i kocie oczy.
Dziewczyny milczały. Tamci obejrzeli je dokładnie, ich konie też. Kiedy jeden chciał sprawdzić znaki na zadzie klaczy Salute, klaczka poruszyła się nerwowo.
– To nasze konie. Przybywamy z daleka. Gdzie najbliższe miasto? -odezwała się Salute.
– Tym traktem na zachód. – odpowiedział któryś, chyba człowiek, normalnie wyglądał i mówił. – Jeśli będziecie próbować czegokolwiek… Nawet magii, – zerknął na szyję Nuwejby, gdzie widniał amulet. – marnie skończycie. Konie, to własność gospodarza. Niczyja inna.
Oddaliły się. Wiedziały, że wciąż są bacznie obserwowane. Zdziwiło to je trochę. Lecz wiedziały, iż mogą być w każdym zakątku Pirrus Nigro, wiedziały, że nie było tu ich grube kilka lat. Wiedziały, że wszystko mogło się zmienić. A koń mógł być ogromną wartością w tych okolicach.
Wczesnym rankiem minęły kilka osad. Trakt zapełnił się handlarzami z tobołami i wieśniakami podróżujących boso, mimo naprawdę wczesnej pory.
W końcu na horyzoncie pokazał się zarys miasta. Już z daleka można było spokojnie stwierdzić, iż to bogate miasto. Monumentalne mury chroniły grodu, flagi trzepotały na wieżach. Zaraz za murami ciągnęły się imponujące domy, ciągnęły się na całej długości horyzontu, gdzie okiem sięgnąć. Kiedy zbliżyły się naprawdę na niewielką odległość dostrzegły masy ludzi przewijające się do i z miasta.
– Heze. – odezwał się ktoś za nimi. Odruchowo obróciły się. To jakiś bogaty kupiec ekstrawagancko ubrany, jechał na swoim przyozdobionym do granic kiczu wierzchowcu. Zignorowały go.
Przy wjeździe do miasta minęły renerów. Koszmar z poprzedniego życia Asundari okazał się prawdą. Koszmar, który po otwarciu każdego dnia okna Cytadeli znikał, lecz nie zniknął zupełnie.
Gród był piękny, mury jasne, co niegdzie rosły zadbane kwiaty, źródełka dla gołębi tryskały wodą. Straganiarze pieczołowicie uwijali się wykładając świeży towar. Sprzedawcy dywanów rozwiesili na przestrzennych ścianach rzadkie okazy tego wyrobu. Inni kupcy w zagrodach z niskiego płotka eksponowali niebywałe misy sprowadzane z różnych zakątków Pirrus Nigro. Grajkowie, co chwila gdzieś siedzieli i grali skoczne melodie licząc na zarobek. Minęły targ warzywny i owocowy, mimo zapachu słodkich jagód nie skusiły się. Kilka razy zostały zaczepione przez namolnych żebraków wymuszających pieniądze. Też nie reagowały.
– Gdzie tu można godziwie przenocować? – rzuciła Salute w stronę straganu z tkaninami.
Kobieta z owinięta twarzą i pobrzękującymi kolczykami wyciągnęła dłoń. Wiadomo, wszystko kosztuje.
– W „Ane Lu” sypiają możni. W zachodniej części miasta. – odpowiedziała kobieta błyskawicznie chowając podarowaną jej monetę.
Tam też się udały. Zostały godnie przyjęte w wielkim drewnianym domu, lekko na uboczu miasta. Trzy kondygnacje, wydziergane w drewnie przez mistrzów stolarstwa. Przyciemniany dach z dziwacznej kory, starannie poukładane dachówki. Zieleń wkoło, kwiaty i drzewa. Czystość, krystaliczność, harmonia. Tego potrzebowały. Każda dostała oddzielny pokój w znacznej odległości od siebie.
Asundari weszła do pokoju, który jej przydzielono. Sosnowe ściany, żywo rosnąca trawa przy progu, kamienie ułożone w koncie i sztuczne źródełko. Biała pościel pachniała jaśminem. Szanstarka usiadła na łóżku zagnębiła się w lekturze, potem poszła spać.
Zbudziła się wieczorem. Obudziło ją nikłe światło lampionu z ryżowego papieru. Wywieszono je na, zewnątrz, aby oświetlić ogród i budynek.
Wyszła oszołomiona na korytarz. Cisza, spokój, ryżowe lampy rzucały aksamitne światło. Zeszła na dół po dębowych schodach, czując jak przyjemnie stopom idzie się po ich powierzchni.
Na parterze krzątali się służący i opiekunka.
– W czym mogę służyć, panienko? – odezwała się opiekunka dystyngowanym tonem.
– Chciałabym…
– Jeśli panienka sobie życzy kąpieli, zaraz możemy przygotować. Jeśli rozrywki, to jeszcze niżej można się wybawić. – wskazała poręcz, która prowadziła schodami gdzieś w dół. – Tam można również zjeść.
– Chciałabym się przejść. – odpowiedziała sennie dziewczyna.
– Ależ oczywiście, mamy piękny ogród. – machnęła ręką na jednego ze sług, który momentalnie zalazł się przy jej boku.
– Na zewnątrz…
Wszyscy w sali wzdrygnęli się lekko. Poczym wrócili do zajęć, starając się usilnie zatuszować nietakt.
– Rozumiem, że jesteś panienko przyjezdną i jeśli mi wybaczysz, nie znasz tutejszych obyczajów. Przestrzegam cię, to zbyt późna pora, aby po tym mieście spacerować. – opiekunka wygładziła nieistniejącą fałdkę na obrusie leżącym na blacie, po czym spojrzała głęboko w oczy dziewczyny.
Asundari skłoniła się lekko. Opiekunka odpowiedziała jej również ukłonem i gestem przywołała pachołka, który miał odprowadzić szanstarkę do bramy.
Za bramą była ponuro, nikogo prawie nie było na ulicach. Czasem tylko nieliczne latarnie oświetlały bruk. Dziewczyna owinęła się chustą, zakryła głowę. Piękne miasto za dnia, stawało się wymarłe wieczorem. Ujadanie psa rozległo się, potem skowyt. I znów cisza. Wędrowała alejami, rozglądała się. Ludzie zamknięci za okiennicami jedli kolacje, kładli się spać.
Wtem usłyszała ciężki tętent kopyt. Nie! Przecież chciała być tu sama. Samotność przypadła jej do gustu, jak ktoś może jej przeszkadzać?…
Rener. Wcisnęła się za ścianę kolejnego budynku. Jeździec rozejrzał się, latarnia oświetliła go od tyłu. Asundari nie wiedziała czy ją widzi, czy nie. Ale po chwili odjechał spiesząc w inną część miasta. Odetchnęła.
Powędrowała w przeciwną stronę niż zwiadowca. Starała się zapamiętać kierunki, w których szła, aby się nie zgubić. Miasto było dość gęsto zabudowane. Motywy ozdobne na murach powtarzały się, co kawałek, uliczek i zakamarków było mnóstwo. Łatwo tu zabłądzić.
Usłyszała drażniącą muzykę, głośne, gardłowe śmiechy. Już wiedziała, że napotkała karczmę.
– Spadajcie stąd! – wrzasnął ktoś wyrzucając kogoś z szynku.
Wyrzucony zatoczył się i przewrócił o własne nogi. Zaraz ktoś wybiegł za wyrzucanym potrącając złośliwie karczmarza ramieniem.
– Za… za… Za!… Jakie grzechy… – zabełkotał pijany.
Młodzian podniósł towarzysza, pomógł mu wstać i zaczął iść. Coś go tknęło i odwrócił się. Zobaczył dziewczynę w bieli, opasaną czerwoną chustą. Zamarł. Zmrużył oczy, ale dziewczyny już nie było.
– Hej! Zaczekaj! – zawołał. Odpowiedziało mu stłumione beknięcie pijanego towarzysza. Ułożył go pod ścianą i rzucił się w ciemność miasta.
Było ciemno biegł na oślep, szybko, intuicyjnie. Wilgotny bruk utrudniał pogoń, wszytko utrudniało – ciemność, strach, szybko bijące serce, zdyszany oddech. Uspokoił się i zwolnił. Rzadko, kiedy nie udawało mu się stłumić emocji. Zatrzymał się. Zamkną oczy, którym w ciemnościach nie można ufać, wytężył słuch. Przecież jest tropicielem, to jego praca.
Usłyszał dzwonienie kopyt po bruku. Rener patrolował okolicę. Dźwięk odbijał się echem w tunelach uliczek i zakamarków. Zwodził, oszukiwał. A chłopak niczym szakal przemieszczał się po mieście szukając cichego dźwięku stóp, dziewczyny, którą widział… Przed jego oczami wciąż stała, wciąż była tam żywa. Spojrzała na niego. Musiał ją zaleźć.
Dobrze znał miasto i slumsy, w których teraz się znalazł. W zasadzie na granicy Miasta Bogatych i Slumsów. Tam renerzy niezbyt często zaglądali, ale musiało tego akurat coś tu przyciągnąć. I to na pewno była ona.
Byłby głupcem jakby tego nie wykorzystał, choć głupi był na pewno. O tej porze renerzy wychodzą poza dzienny tryb działania. O zmroku ludzie siedzą w domach, po mieście chodzą wrogowie, więc kalkulacja jest jasna.
Minął klika domostw podążając za renetem. Wrodzony talent pozwolił mu przemknąć niezauważalnie po placu i wtargnąć w niskie tunele Slumsów. Brzęk kopyt zawrócił do Miasta Bogatych. Teraz już nie był waży. Najpierw wydawało mu się, że słyszy kroki myszy, małej, poruszającej Wąskami. To na pewno była Ona. Wiedział to. Nie chciał jej wystraszyć, a wiedział, że jest blisko.
– Czego tu? – usłyszał gdzieś darcie mordy i postukiwanie kroków.
Slumsy – Miasto Bezprawia, wszystkiego, co obrzydliwe, najbardziej zakazane i złe. Tutaj nikt niczego nie kontrolował chyba, że miał władzę z podziemia. Inny świat w Heze, choć wielu uważa, że to miejsce można byłoby mianować inną nazwą, bo to nie to samo miasto. Szare osmalone mury, smród i wilgoć. Oszczane ściany i szczury łażące po wszystkim, nieliczące się z tym czy zeżrą ogryzek czy ludzkie palce. Słaniające się kanalie z dna społecznego, pijani alkoholicy dobijający się kolejnymi litrami alkoholu, prostytutki nieznające swojego imienia i zwiadowcy, zdrajcy, mordercy. Szaleńcy zatraceni w chorobie, bez ducha szukający pomocy. Tutaj człowiek człowiekowi nierówny.
I jak tu teraz ją znaleźć? Może już dawno ktoś się połaszczył na nią. Była czysta i ładna. Jak wysypane na ziemię pieniądze, czekające na nowego właściciela. Zbyt smakowity kąsek, aby tutaj nie mógł znaleźć amatora. Tym bardziej musiał ją stąd zabrać. Echo i nawoływania, jęki i krzyki zmyliły go. Oszukały i zwiodły. Musiał się uspokoić, zagłuszyć własny oddech i zacząć szukać pośród tego hałasu dźwięku. Dźwięku jej stóp.

9 I 2007——————————————————————

ROZDZIAŁ V
Zobaczyła kogoś. I nie wiedziała, czemu przestraszyła się. Musiała uciekać. Wtem wpadła na coś, czy na kogoś, albo to coś wpadło na nią. To był jakiś człowiek. Zatoczył się.
– Coś ty jest?! – wrzasnął ochrypnie, trzymając się za bark. – Wynoś się! Bo poderżnę gardło.
Dziewczyna zatrzymała się, odgarnęła włosy z twarzy. I ruszyła przed siebie. Zbir odskoczył lekko, nadal krzycząc. Ale ona już go nie słyszała, wsłuchiwała się w mlaskanie błota, wgryzające się w kanty jej sukienki.
Tego mu było trzeba. Chłopak wyczekując dźwięku cichych stópek wreszcie je usłyszał, wśród wrzasku. Tak, teraz wiedział gdzie podążać. Niestety znał to miejsce, aż nazbyt dobrze. Minął kilka uliczek, przecisnął się prze dwa zakamarki i wyskoczył na szeroką ulicę. Szła tam. Była. Zamarł. Tak jak do tej pory biegł jak szalony, teraz nie mógł się ruszyć. Szła, widział ją. Tak blisko… Cofnął się, nie chciał jej spłoszyć. Z drugiej zaś strony… To nie miejsce dla niej. Nieważne. Nieważne już nic teraz. Widział ją. Ona i On. Tak dawno, tyle lat minęło. Serce mu pękało. Tyle lat… Nigdy słowa nie zamienił. Nigdy oczu nie widział otwartych. Nigdy jej nie poznał…
Zniknęła. Wpadła w otchłań Szmacianej Ulicy. Do domu ludzi umarłych za życia. Zwyrodnialców, morderców, niewolników własnych popędów.
Krzyk.
Rozerwali filigranową sukienkę. Nie zdążył. Dotknęli białej dłoni.
Krzyk zanurzony w ryku zbrukał ulice.
Skoczył w aleję, śmierdzącą, poutykaną szmatami w oknach. Twarz mu okładały łachy, zwisające z poddasza utkanego z brudnych koszul.
Krew… ślady krwi. Jęk.
Zaraz oszaleje, jeśli jej nie znajdzie, już zmysły zaczynają dziczeć i ryczeć nieludzko. Tylko nie teraz, nie zabierajcie mu jej.
Zniknęła.
Biegł coraz szybciej i szybciej. W końcu zobaczył grupkę zwyrodnialców otaczających kogoś. Zmrużył oczy. Oni otaczali, lecz nie dotykali ofiary. Pluli, szczerzyli czarne zęby, chuchali smrodliwym oddechem.
Wbił się między nich. Zobaczył ją z bliska wśród cieni oprychów. Trzewiki miała mokre od krwi, rozerwaną sukienkę. Ale się nie bała, była zamyślona. Złapał ją za rękę.
– Cholera! – wrzasnął spoglądając na swoją dłoń. Cała poharatana od tysiąca drobnych igieł. Miał wrażenie jakby dotknął skutą siarczystym mrozem krawędź lodowej kry. Zobaczył jej oczy, ciemne w półmroku. Pierwszy raz… Poczuł, że już nic nie ma znaczenia.
Oni stali osłupiali. Ona uciekła. Niczym prowadzona po nitce Arianny, uciekała w mrok, w zakamarki. Nie było słychać jej kroków, ani oddechu. Zniknęła.

ROZDZIAŁ VI

Poranek zajrzał do pokoju Nuwejby. Zawstydzony stał za kotarą, lecz przemógł się. Podszedł do niej boso, całkiem nagi, z promieniami we włosach. Uśmiechnął się świergotem ptaków.
Tak jak dla niektórych poranek jest niesamowity, tak nie wiemy o tym, że i dla niego my możemy być szczególni. Tylko tyle, że tego nie dostrzegamy, otwierając oczy z urazą.
Poranek popieścił jej twarz oraz dłonie promieniami, które przyniósł w garściach. Kiedy otwierała powoli zielone oczy, zaszumiał między swoimi palcami, odświeżając jej śniące jeszcze ciało.
Uśmiechnął się pięknie i cofnął swą mglistą postać. Oddalając się coraz bardziej klęknął na kolana, spuścił głowę. Wyciągnął ze swojej piersi gałązkę i położył na pościeli, tuż koło stóp Nuwejby. Cicho szemrząc odszedł w stronę słońca.
Wstała. Było wcześnie, a czas spowolnił swoje kroki dla niej. Nikt nie widział, kiedy zeszła na dół, kiedy wsiadała na konia i pognała daleko za miasto.
Chłodne powietrze namaściły jej skórę wilgocią, rosa zawisła na rzęsach. Błądząc nieprzytomnie miedzy brzegiem jeziora, a polami kłosów zatańczyła rytualny taniec. Po co go opisywać, brak słów. Kto zobaczy, ten zrozumie, jak taniec w wykonaniu czarodziejki potrafi być niesamowity. To nie jest taniec nawet, w naszej kulturze nazwano tak to specyficzne zachowanie i ruchy ludzkie. Jednakże nie mamy tu do czynienia z człowiekiem. Nie dziś, nie teraz opiszę jak to się wszystko odbywa. Ten rytuał, nauczony, tam w Cytadeli bez imienia.
Kidy wróciła do „Ane Lu” w pokoju czekało na nią śniadanie. Skrupulatnie poukładane jedzenie w symetrycznych porcjach wyglądało smakowicie. Smak potraw był doskonały, soczysty, głęboki, ale nie przesadzony. Nuwejba teraz wiedziała, że rada handlarki, aby tutaj się zatrzymać była bezbłędna.
Dziewczyna wyszła z pokoju, postanowiła odwiedzić współtowarzyszki. Czas działać, czas nauczyć się żyć inaczej niż w Cytadeli. Wyszła na korytarz pachnący kadzidłami, powędrowała w kierunku pokoju Salute. Drzwi były uchylone, a chłodne powietrze dmuchało w twarz przeciskając się przez powstałą szparę. Dziewczyna weszła nie pukając. Pokój był pusty, jakby nikt w nim nie mieszkał. Jedynie kilka drobnych przedmiotów ułożonych harmonijnie zdradzało czyjąś obecność. Lecz Nuwejba dobrze wiedziała gdzie szukać towarzyszki. Wyszła na balkon. Tam stała Salute oparta o poręcz, w jej oczach lśniło gorejące, zaspane słońce.
– Nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam. Chociaż wiem, że tak było trzeba. – odezwała się wreszcie dziewczyna o miodowych włosach nie odrywając wzroku od słońca.
Nuwejba stanęła w progu balkonu stojąc jedną nogą jeszcze w środku pokoju a drugą na zewnątrz.
– Myślę, że już o nas wiedzą. To niedobrze. Ale to miasto przez chwilę powinno nas uchować. – kontynuowała dziewczyna.
Wtem usłyszały szybkie kroki na korytarzu
– Szykujcie się. Idziemy na miasto. – weszła De-Bur. – Potrzebujemy kogoś dobrze poinformowanego.
– Cos się stało? – zdziwiła się Salute.
– Tak.
W Heze każdy dzień był dniem handlowym, codziennie zjeżdżają się najrozmaitsi kupcy licząc na duży utarg. Od samego rana miasto wrze setkami odgłosów handlującej zgrai. Przedziwnie ubrani przybysze byli tu codzienności, co odpowiadało dziewczyną, mogły swobodnie się poruszać i nie zwracać na siebie uwagi.
– Potrzebujemy kogoś, kto dobrze zna okolice. – Nuwejba podeszła do żebrzącego mężczyzny. Mógł być naprawdę żebrakiem lub dobrym informatorem. Niestety ten tylko wyciągnął rękę patrząc oślimi oczami na pytającą.
– Ciężko jest kogoś znaleźć. – rozejrzała się Salute. – Może pójdziemy do wschodniej części miasta?
Poszły wypatrując ludzi, którzy tak jak one nie chcieli być za nadto widoczni. Kolejny menel okazał się tylko menelem. Była to ważna sprawa, spieszyło się im.
– Może jakaś tawerna? – rzuciła Salute.
Kiedy zakręcały w boczne uliczki między straganami rozległ się krzyk, lecz zignorowały go. Szły jeszcze dobrą chwilę i trafiły na tawernę. Było tu w miarę spokojnie, bo kupcy i okoliczni mieszkańcy zajmowali się zarabianiem na wieczorną balangę w tymże miejscu. Pomyślały, ze ta pora dnia nie jest dobrą porą na szukanie informacji, ale przecież w takim mieście jak to musiał ktoś być, kto mógłby udzielić im informacji.
– Hej! – ktoś krzyknął za nimi.
Obróciły się instynktownie. To był ten chłopak. Ten, który poprzedniej nocy ścigał De-Bur. Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami.
– Zostawcie go mnie. – spokojnie powiedziała Asundari.
– Znasz go? – zapytał Nuwejba.
– Chyba nie, ale wydaje mi się. Ale wydaje mi się, iż on nam pomoże.
Chłopak podjechał na karym koniu do wychodzącej ku niemu Asundari. Zeskoczył zaskoczony z siodła.
– Nie uciekasz?
– A powinnam? – zapytała.
– Nie.
– Wypijesz z nami?
– Nie tutaj.
Udali się na obrzeza miasta, gdzie kupców i cudaków było znacznie mniej. Znaleźli podupadłą tawernę i wynajęli pokój.
Południe zajrzało już do okien próbując oświetlić pomieszczenie przedzierając się przez brudne zasłony. Stół, szafa i łóżko to wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu.
– Mówcie. – usiadł przy zakurzonym stole.
– Nie wiem czy możemy ci ufać. – wtrąciła Nuwejba zastanawiając się od początku kim jest ten człowiek.
– Nie wiecie, ale możecie się przekonać. Widzę, że jesteście dość konkretnymi przeciwnikami, w każdej chwili możecie mnie zabić.
– Czego chcesz w zamian? – mruknęła Salute.
– Zależy, czego chcecie. – spód ręce na piersi i rozsiadł się wygodnie.
– Szukamy pewnej wyspy… – zaczęła Asundari.
– Żaden problem. Świetnie znam okolice i nie tylko. Ale jeżeli mi nie ufacie mogę kogoś polecić. – dodał widząc podejrzliwie spojrzenia.
– Kogo?
– Jaka to wyspa?
– Ta. – De-Bur wyciągnęła mapę z zaznaczoną wyspą w północno-zachodniej części Pirrus-Nigro.
Chłopak zrobił dziwną minę, trudno było cokolwiek z niej wywnioskować.
-To malutka wyspa. Raczej nie zaznacza się jej na mapach. I trudno się tam dostać. Nie wiem czy ktokolwiek się tego podejmie. Mało znane miejsce… Tam chyba nawet dzicz tylko.
– Wiesz jak tam dotrzeć? – zapytała Nuwejba.
– Nie wiem.
– Mamy pieniądze.
– Tu nie o to chodzi. – wskazał na mapę. – Kraj jest pod uciskiem cesarza, kontrolującego wszystkie drogi, nie tylko najczęściej uczęszczane. Węszy i węszy. A te lasy – pokazał okolice wyspy. – nie wróżą nic dobrego. Nie jedźcie tam.
– To znaczy nie pomożesz nam?
– Nie. To pewna śmierć. – spojrzał na nie z otwartym zdziwieniem. – Skąd wy jesteście?
– Z daleka. – wtrąciła Nuwejba. – Myślę, że nasza rozmowa dobiegła końca.
Rozstali się ozięble i opuścili pokój oddzielnie. Chłopak jeszcze tam został. Dziewczyny wróciły niezadowolone do„Ane Lu” w milczeniu.
– Coś tu śmierdzi. Nie możliwe, żeby ludzie się aż tak bali renerów. Nie podoba mi się, że w ogóle z kimkolwiek rozmawiałyśmy. – żachnęła się Nuwejba.
– Wieczorem się rozejrzymy. – Salute się rozejrzała. – Gdzie Asundari? Była tu przed chwilą.

ROZDZIAŁ VII

De-Bur wiedziała gdzie znajdzie informatora. Slumsy. Tam musiał być ktoś na tyle szalony, żeby pomóc dostać się na wyspę. Znała już drogę. Narzuciła na siebie starą chustę i zagłębiła się w zakamarki najbardziej obskurnej części wspaniałego Heze.
Za dnia było tutaj dużo spokojniej, choć duszący smród nadal drażnił nozdrza.
Zaczepiła oszołomionego mężczyznę podając mu pieniądze.
– Gdzie znajdę kogoś wpływowego? – zapytała.
Dziwny mężczyzna wytrzeszczył oczy, później charczeniem wskazał uliczkę i gestem wskazał, że trzeba zakręcić.
Asundari poszła we wskazane miejsce. Ciemne i ponure kamienice wyglądały jakby były niezamieszkałe. Powybijane okna połatane szmatami, obdrapane mury. Jednak jedna kamienica wyglądała nieco lepiej, drzwi miała solidne. Dziewczyna szybko zorientowała się, że tutaj powinna kogoś znaleźć. Zastukała silnie w podwoje, ale długo nikt nie otwierał. Zastukała mocniej. W końcu szuranie i niewyraźny czyjś głos oznajmił, ze ktoś raczy otworzyć. Odsłoniła się zasuwka.
– Czego?
De-Bur potrząsnęła pieniędzmi.
– Czego, pytam. – warknął ponownie basowy głos.
– Właściciela szukam.
– Kogo? Oszaleli! – mruknięcie i trzask rygla w drzwiach.
Drzwi uchyliły się. Stał w nich dziwaczny człowiek, wysoki i krępy, jego mina wskazywała na duże niezadowolenie. Podrapał się niesfornie po zaroście gapiąc się na Asundari.
– Czego chcecie? Tu nikt nie mieszka. – zmierzył od stóp do głów nieznajomą. – Ważny ktoś jesteście?
– Można tak powiedzieć. Gadaj gdzie właściciel, a nie pożałujesz.
– Pani, ja nie mogę udzielać informacji. Nikomu. – zbir zatrzasnął drzwi.
Zaczęła stukać. Postanowiła nie dochodzić stąd bez informacji.
Nagle drzwi otworzyły się z łoskotem. Wyskoczył z nich odźwierny.
– Idziemy. – machnął ręką nie odwracając się za siebie.
Przeszli dobry kawałek w milczeniu zagłębiając się Slumsy. Szczury wpatrywały się w nich licząc na jakiś kąsek. Niektóre, bardziej zuchwałe chciały ich podgryzać rzucając się im do stóp. Wygłodniałe stworzenia, były skłonne do desperackich czynów. W tej części miasta nikt nie kontrolował zatrważająco rozmnażających się szczurów.
Wtem dziwak usiadł na wilgotnym murze, przysłoniętym cieniem starych drzewami i resztkami niegdyś stojącego tu budynku. Rozkraczył swoje wielkie, masywne nogi, sapnął ciężko. Trudno było powiedzieć czy to człowiek czy nie człowiek.
– To musi zostać między nami. Inaczej znajdę i zabiję, a słowa dotrzymuję.
– Zgadzam się. – potwierdziła.
– Widzę, ze to musi być cos ważnego, a taka informacja kosztuje. Ludzie wpływowi nie zadają się z byle, kim.
Sakiewka powoli opadła na kamienny mór tuz koło zbira. Ten monetarnie obejrzał się i szybko schował zdobycz.
– Ale pamiętaj, jeżeli ktokolwiek się dowie… Masz szczęście, że potrzebuje gotówki. Inaczej by nas tu nie było… – zasępił się.
Po chwili oddał sakiewkę i uciekł, lecz nie daleko.
– Porozmawiamy? – zapytała zmienionym głosem.
Stwór przelewał w sobie złość i niemoc. Ta marnie wyglądająca, filigranowa kobita… zamroziła mu nogi. Od kolan w dół.

14 III 2007————————————————————————–

– Radzę się nie ruszać, bo popękają i nigdy ich nie odzyskasz. -powiedziała spokojnie.
Podeszła do niego powoli, wcisnęła w jego łapska sakiewkę.
– To gdzie znajdę właściciela? – powtórzyła powoli pytanie.
Dziwoląg wykrzywiał się, zgrzytał zębami, motał się.
– W Faros. – wycedził.
Odeszła w spokoju, odwracając zaklęcie. On tam stał boląc się poczynić krok.
Wróciła do „Ane Lu”. Nie zamierzała nikogo informować o swoich planach, nawet towarzyszek. Wkrótce ich drogi się rozejdą i byłoby lepiej, żeby nie miały zbyt wiele wspomnień. Asundari zapakowała trochę prowiantu, obejrzała mapę po raz kolejny i wymknęła się z pokoju.
Miasto wieczorem nie było zbyt przyjazne, na pozór. Wymykając się potajemnie odkryła dzielnicę w połódniowo-zachodniej części miasta, gdzie wieczorami na ulicach jest całkiem przyjemnie, a ludzie zasypiają przy otwartych okiennicach. Ciepłe światło z okien wylewało się na bruk i ogrzewało zmarzniętych podróżnych. Minęła okolice portowe, podejrzane, pełnie cichych typów, obserwujących każdy jej ruch. Musiała wkrótce skręcić na zachód, do Zachodnich Bram. Ponieważ wyjeżdżała, a nie wjeżdżała spotkała się z „entuzjazmem” strażników. Dalej droga wiodła kupieckim traktem. Musiała oddalić się od miasta na znaczną odległość, zanim zdecydowała się na podróż lasem, w kierunku północnym. Jechała spokojnie, niezbyt szybko, mijając obojętne miny zadufanych w sobie cudzoziemców zamierzających sprzedać w Heze towary za trzykrotność ich wartości. Ale kupcy nie byli jej jedynym zmartwieniem. Nie tylko ona wyjechała z miasta o tej porze. Jechało za nią jeszcze kilka osób, musiała ich zgubić. Chciała być sama, całkowicie sama w tej podróży. Szczególnie, że miejsce, do którego jechała, było dziwacznie zaznaczone na mapie. Do Faros nie prowadziła żadna droga, był to punkt na mapie ledwo, co zaznaczony od niechcenia.
Wiedziała, że musi tam jechać. Musi, ale nie chce. Od kilku lat robiła wszytko, co musiała robić, lecz nigdy tak naprawdę tego nie pragnęła. Przywykła już do tego, robiła to, co powinna robić. Miała tutaj inny cel, jej własny, który skrywała głęboko, tuż za świadomością. I to ją porywało, powodowało, że chciała wziąć oddech i iść.
Wchłonął ją las tuż przed zachodem słońca. Niestety gęstwina była bardzo nieznośna. Nie było szans na przedarcie się wierzchem. Zeskoczyła z konia i wskoczyła w przemokniętą ściółkę. Miecz zamienił się w tasak. Poruszała się powolnie, mozolnie i sapiąc. Brnęła coraz bardziej w błocie, które sięgało jej teraz niemal kolan. Ciemność spowiła ją całkowicie, więc utworzyła bladą, świetlistą kulę. Pałki wodne przyglądały się temu w milczeniu zerkając obojętnie swoimi wydłużonymi twarzami. Gdzieniegdzie ukryte w sitowiu, wilgotnych bagien nartniki ślizgały się bezgłośnie po tafli.
Nieznana knieja, chłód przenikający do szpiku kości, dziki przeciąg i świsty, przemoczone nogi. Asundari nie zastanawiała się, co ją spotka. Po prostu szła naprzód. Poczucie beznadziejności zatrzymało jej myśli w miejscu, a ciało szło mechanicznie naprzód.

ROZDZIAŁ VII

Karbonado wiedział, że musi czekać na zmrok i na czas, kiedy jego towarzysze pójdą do tawerny. Postanowił pójść z nimi, nie mógł wzbudzać podejrzeń. Musiał się zachowywać jak zawsze, a to doskonale potrafił. Nawet wtedy, kiedy skrywał pod swoją czarną czapką najbardziej niezrozumiałe rozważania
Elhor najstarszy syn Tycjana wprowadził wszytkach do tawerny. Ten wysoki, ciemny blondyn, od lat służył ojcu i tropił razem z nich przestępców, dla wysokich nagród pieniężnych. W ostatnich czasach stała to się wielce opłacalna praca, toteż nawet nie pracując przez dłuższy okres mogli sobie pozwalać na wygody.
Gwar i śmiech oraz niepohamowane beknięcia przywitały ich jak zwykle w takim miejscu.
– Pierwsza kolejka! – zakrzyknął triumfalnie pierworodny Tycjana.
Mężczyźni siedzieli tam dobrą godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Karbonado wstał od stołu i niezauważony przez podchmielonych towarzyszy zniknął gdzieś w tłumie. Był jak cienie budynków, oczywisty i poza podejrzeniami, że tutaj jest. Część portowa wydawała się dziwnie spokojna, uśpiona, lecz teraz nie to było ważne. Miał cel. Po raz pierwszy robił coś, czego naprawdę chciał, oderwał się od grupy, która go chorobliwie uzależniała. Nie myślał o konsekwencjach, szedł za nicią impulsu, który go spowił i omamił. To była fascynacja. Adrenalina dziko napełniła mu żyły.
Wyrwał się z miasta. Znał ślady, szukał zapachu, resztek, ochłapów, wszystkiego, co by go zaprowadzało do niej. Na drodze nie był sam, leniwi kupcy nachapali się w Heze i wracają do domu z triumfem oraz pełen sakwą. Nie spieszno im do domów, żon, codzienności, hałaśliwych dzieci. Czasem i kupcy zbaczali z drogi i nigdy nie wracali do domów, udając się do miast położonych bardziej na wschód. Zaczynali nowe życie, egoistycznie pragnąc szczęścia dla siebie. Tak najłatwiej – odejść.
Karbonado zaniepokoił się, kiedy ślady wyraźnie wskazywały na wejście dziewczyny w las. Do tego zmierzała w kierunku północnym.
– Czyżby chciała się utopić w morzu? – przyszła mu myśl, lecz szybko o niej zapomniał. Widział gdzie mogła zmierzać. Popędził konia, nie było czasu do stracenia. Czuł jej zapach. Czasem wydawało się, że siedzi wierzchem, razem z nim, odwrócona tyłem. Raz widział ją wtuloną w mech rosnący na drzewie. Adrenalina. Gorąco. Załzawione oczy smagane oparami z nad bagien.

ROZDZIAŁ VIII

Noc zaczęła przecierać oczy, kiedy dotarła na poszarpane urwisko. Słyszała dziki huk wody, wiatr smagał jej twarz, targał włosy. Zamaszysta wieża stała dumnie postawiona na piedestale klifu. Wiatr świszczał ocierając się o kamienne bloki wysmukłej latarni. A promienie z jej wnętrza chciwie zagłębiały się w morze i szukały statku, któremu mogłyby podać ciepłą dłoń. Faros. Dom światła.
Asundari westchnęła. Przenigdy nie widziała czegoś takiego. Kiedy się otrząsnęła dostrzegła stertę ściętego drewna i dom latarnika.
Kiedy weszła do wnętrza, zdziwiła się. Niemal pusta izba. Stół, jedno krzesło, zaryglowane drzwi do następnej izby, kominek. Nie było tutaj nikogo. Postanowiła usiąść i poczekać na latarnika, który z pewnością był w latarni. Oparła się łokciem o stół i spoglądała w okno. Tak bardzo ciemno tam było. Ledwie tutaj dotarła zmarznięta, ogłuszona świstem bryzy i oślepiona ziarenkami pisku z wydm. O głodzie już zapomniał nawet jej żołądek, który przestał burczeć kilka godzin temu.
Deszcz zacinał lekko w szybę stukając monotonie i usypiająco. W końcu nie, widomo kiedy zasnęła.
Huk! Cos złapało ją w żelazny uścisk i rzuciło o ziemię. Podrażnione oczy niewyraźnie widziały wśród przytłumionego światła paleniska.
– Czego tu?! – warkot wydobyty zza zaciśniętych zębów.
Stalowe łapy złapały ją ponownie, przygwoździły do ściany. Gardłowe świszczenie oddechu napastnika sunęło po jej skostniałych ramionach.
– Szukam… – odezwała się wreszcie.
– Nie znalazłaś! – stwór wbił w nią pazury i rzucił na stół, zacisnął łapę na krtani.
Dziewczyna wcisnęła rękę za pazuchę zaciskając powieki. Miała cichą nadzieję, iż jej ślepe palce natrafią na cienką tubę. Natrafiły. Wystawiła ją blisko twarzy agresora. Ten cofnął się. Schował postać pod kapturem.
– Kim jesteś? – zapytał.
– Potrzebuje pomocy.
Napastnik usiadł na swoim jednym krześle w izbie. Zanurzył palec w krwi wylanej z nosa dziewczyny. Ta ześlizgnęła się z blatu i chwiejnie wstała.
– Teraz wiesz, że nie jestem byle kim. – zaczęła łapiąc łapczywie powietrze. – Tak jak ty. – pomacała obdrapane boki.
Nieznajomy pomazał blat posoką, później wsadził palec do ust i z lubością go possał.
– W istocie. Dziwi mnie czy zasłużyłem, że mnie oszczędzasz. Bez trudu…
– Chce się tutaj dostać. – wskazała na mapę.
– Co ty sobie wyobrażasz? – trącił pergamin. – To miejsce nie istnieje.
– Jest moje.
– Jest niczyje. Nie sadzę, żebym mógł ci pomóc w czymś jeszcze, wiec wynoś się.
Podeszła do niego od tyłu. I szepnęła:
– Dam ci cokolwiek zachcesz. Cokolwiek…
Wstał, kaptur opadł. Krucze włosy zalśniły w ciemnościach. Oczy miał przewiązane przepaską.
– Co zechcę? – zapytał.
– Wszystko. – potwierdziła.

27 VI 2007————————————————————————-

Odsunął się i wyszedł na deszcz. Stał na mokrej glebie, jego zgarbiony cień ledwie było widać w ciemnościach.
– Nie ma nic, co mogłoby być mi potrzebne. – warknął.
Asundari poczuła dziwne uczucie w brzuchu. Schyliła się po wijący się koniec chusty.
– Wrócę tutaj. – zapewniła.
– Nie ma, po co. Nikt cię nie zaprowadzi na tą wyspę. Idź sama.
– Nie znam drogi.
– Przecież masz mapę. – mruknął.
Dziewczyna wyszła z ciepłej, suchej chaty. W dłoni miała pochodnię. Krople ześlizgnęły się z jej białych włosów i runęły kaskadą na mokrą ziemię. Wiatr zaczepił się o kanty szaty z nieznanych materiałów i ze zdziwieniem puścił uścisk. Wilgotna twarz patrzyła na inną, wilgotną twarz.
Co było dalej nie wiedział. Kiedy zmysły sportem zaczęły go słuchać, ona już odchodziła.
– Tak jak mówiłeś. Za trzy dni, za wschodnią bramą. Bądź gotowy. – wskoczyła zwinnie na konia. Szybko zniknęła w czerni odchodzącej nocy. Poranek był, blisko ale jeszcze zanadto daleko, aby ich dosięgnąć.

ROZDZIAŁ IX

Karbonado zadrżał z zimna, kiedy wyraźnie pouczył w wilgotnym chłodzie czyjąś obecność. To nie Może być ona. Nie chciał w to uwierzyć, Kidy jego racjonalne myślenie wskazywało tylko na nią. Poczuł się powolny. Nieskuteczny.
Mknęła świetlna kula rozpraszając sylwetkę klaczy i amazonki. Niemal jak zjawy przecinały bagna, które choć tutaj wszechmogące, wydawały się być niczym dla nich obu. Ledwie chłopak zdążył się ukryć za krzewami przemknęły bardzo niedaleko. Widział je, niemal jak w zwolnionym tempie. Zaciśnięte pięści na cuglach, rozchylone wargi i zmrużone oczy. Postać rozmyta w pędzie. Podążać mógł teraz tylko za nią wzrokiem.

ROZDZIAŁ X

Dziewczyny siedziały w pokoju Asundari czekając na towarzyszkę. Wiedziały, że pojechała bez nich, że to miało swój cel.
Doczekały się. Wróciła. Białowłosa była tak zmęczona, że padła na łóżko nie rozbierając się, nic nie mówiąc. Towarzyszki zaopiekowały się nią, po czym odeszły do swoich pokoi.
Ranek nadszedł dość późno. Wychylił się z halek porannej mgły. Zostawił na posadzce ślady swoich wilgotnych stóp, pomalował rosą kwiaty w ogrodzie i na dobre zagościł w tym dniu.
Drzwi do pokoju Asundari uchyliły się. Bez pukania, bez zapowiedzi, bez skrzypnięcia. Ktoś wszedł. Cicho przemknął przez pokój i pocałował ją w policzek. Teraz już nie była sama.
Kiedy dziewczyna obudziła się, zastała śpiącego obok niej mężczyznę. Znała go. Poszła boso w kierunku drzwi, na jej ciele delikatnie materializowały się szaty. Wzięła filigranowymi dłońmi podłużne zawiniątko i wyszła. Szła przez miasto, spokojna, bez pospiechu. Było bardzo wcześnie. Nieliczni kupcy zaczęli rozstawiać stragany. Maszerowała długo, aż cienkie podeszwy jej trzewików poczuły miękką glebę oraz młode źdźbła traw.
Las przebity tysiącami strzał porannego słońca oddychał radośnie śpiewem ptaków. Zagłębiła się w knieję. Szła za szumem rzeki. W końcu dotarła do jej brzegów. Wędrowała po grząskiej ziemi, wilgotnej i chłodnej. Tak jak nakazywała rzeka. Wyciągnęła z zawiniątka złoty pręt, który posłużył jej za laskę. Mleczne powietrze posrebrzyło mech otulający drzewa. Drobne owady rozmoczyły dzień. Kolejny dzień o przetrwanie. A ona nadal szła wzdłuż rzeki. Pogrążona w trawie, wiosennych kwiatach. Rozglądała się, szukała czegoś.
Kiedy jej błękitne oczy poczuły dotyk widoku szafirowych anemonów uśmiechnęła się w ciszy. Kwiaty o gładkich, alabastrowych płatkach, miały tak precyzyjnie wykrojone falbany płatków jakby dopiero, co wyszły spod dłuta mistrza. Żółty środek mrugał na dziewczynę. Ta wyjęła srebrny nożyk. Z wielką pieczołowitością wyścieła siedem anemonów posypanych poranną rosą. Wracała zupełnie inaczej…
Kiedy stanęła na progu swojego pokoju ujrzała mężczyznę. Położyła szafirowe kwiaty na prześcieradle. Usiadła na kancie łoża i wpatrywała się w okno. Milczała, rozmyślała.
Minęło sporo czasu zanim on obudził się. Podszedł do kolorowego flakonu i wyciągnął z niego żółty kwiat. Podszedł do towarzyszki, wcale nie chciał jej wręczać kwiat, ani on ani ona nie wyciągała po niego rąk. Kwiat sam z siebie owinął się wokół pala Asundari i zmaterializował się ponownie jako srebrna obręcz.
Nuwejba po porannym, przed chwilą wypitym, dziwacznym napoju wyszła na korytarz. Wydawało jej się, że wyczuwa kogoś obcego. Nienawidziła tego szorstkiego uczucia na języku i skórze głowy towarzyszącemu temu zjawisku. Na posadzce ujrzała mokre ślady stóp prowadzące do pokoju zajmowanego przez Asundari. Nic dziwnego – pomyślała Nuwejba. Ale tu był ktoś inny. Albo był przed chwilą i teraz odszedł. Nieprzyjemne uczucie stało się coraz słabiej wyczuwalne.
Szkoda dnia – pomyślała. Trzeba działać. Myślała przez całą noc. Nigdy nie przypuszczała, że uda jej się wyjść z Cytadeli tak szybko. Wiedziała, co zrobi, znała swój każdy krok. Teraz jednak pogubiła się.
Rozległ się łoskot ciężkich butów. Renerzy wtargnęli do posiadłości „Ane Lu”. Rozległ się krzyk w dole. Zgraja rycerzy wkroczyła na górę. Nuwejba stała w holu nieruchomo. Kiedy zobaczyła intruzów zmierzających do pokoju Asundari. Jakiś rudy wyrostek kopnął w drzwi. Te lekko i powoli się otworzyły. Wszyscy wdarli się do środka, niczym stado dzikich bestii. Po chwili było już tylko słychać krzyk. Krzyk wściekłości. Nuwejba obróciła się na pięcie i wróciła do swojego pokoju. Po chwili wyszła, zeszła na dół. Zobaczyła zrujnowany blat obsługi posiadłości. Dwie pracownice pełniące służbę natychmiastowo odwróciły się w stronę dziewczyny.
– Czy panience coś się stało? – zapytała jedna z czarnowłosych służących.
Nuwejba spojrzała po sobie, zmarszczyła brwi.
– Nie chciałyśmy udzielać informacji, ale… – jęknęła druga sprzątając potulnie potłuczoną wazę.
– Nic się nie stało.
Kiedy Nuwejba szła miastem wiedziała, że nie jest sama, że jest nieudolnie śledzona. Ależ czy to było ważne? Nie. Wyrwała się z ponadczasowego, aczkolwiek kształcącego miejsca, jakim była Cytadela. Nikt i niemal nic nie było ważne.

ROZDZIAL XI

A oni szli wśród nocy z rosa pod stopami, z gwiazdami na włosach. Każdy krok był uderzeniem w strunę, brzmiący tak rozkosznie. Szli razem, to było tak bardzo niewiarygodne. Aż myśli same się zdziwiły, iż przebiegają w ich głowach. Są razem. Lecz flet ptasich książąt odliczał im każdy krok, każdy jeden oddech, odliczał do końca. To nie będzie trwało długo. Ich ciepłe dłonie miały być wilgotne tylko, kiedy są, a kiedy wyschną już ich nie będzie. Gdzieś z trawy wyskoczył czarny kot patrząc na nich oczami niczym brzuchy świetlika świecącymi. Przycupnął w trawie i patrzył. Widział jak podchodzą do cienia nagle wyrastającego po środku bezkresnej równiny. Kostucha uderzyła o mokrą glebę trzy razy. Myśli zatrzymały się, ich nogi nawet nie drgnęły. Zachrzęścił szept. Pokryta parchami ręka zabłysła wyciągnięta ku przodowi. Zamlaskały jego kroki. W ohydną dłoń został umieszczony kryształek lodu, tak zimny, że para uniosła się nad jego ostrymi krawędziami. Lód zaczął się wgryzać i wgryzać w rękę starca, a kiedy przeniknął ja na wskroś pozostałości lodu upadły w mokrą ziemię.

18 X 2007——————————————————————

Raptownie z bezkresnej ciemności wyłonił się zarys pomostu, łodzi oraz czarnego koryta rzeki. Kiedy ponownie odwrócili się w stronę starca już go nie było. Jedynie w miejscu stopionej bryły lody leżała słabo tląca się świeca.

Weszli na spróchniałe deski. Pomost był bardzo krótki, jakby tylko dla tej jednej, niepewnej łodzi, która na nich czekała. Mężczyzna oddał świecę dziewczynie, a sam wszedł do czółna. Kiedy byli oboje na pokładzie zauważyli, że nie ma wioseł. Odepchnęli się od brzegu, myśleli, że prąd rzeki sam poniesie łódź w wyznaczone miejsce. Nic z tego. Prąd marszczył powierzchnię tafli wody, lecz nie chciał ich zabrać. Ciemność pogrąża ich w swoich dłoniach. Krawędzie tataraku błyskając brzytwiastymi krawędziami falowały w mroku. Oni ledwie widzieli swoje twarze. Asundari zerknęła w atramentową wodę.

Nagle łódź zakołysała się niespokojnie. Zobaczyli jak nagle z czarnej toni wyłaniają się dłonie, sunące swoim wilgotnym dotykiem po łodzi. Osiemnaście muskularnych ramion złapało czółno w żelazny uścisk. Wtedy wyłoniły się kędzierzawe głowy, szerokie ramiona oraz silne torsy mężczyzn kroczących po niewidzialnym dnie.

Asundari poczuła jak czółno łapie drugi oddech i odbija od pomostu, w górę rzeki, pod prąd.

Noc nie mogła wiedzieć, kto tu jest wiosłem, kto pasażerem, a kto łodzią. Zatarły się granice rozsądku w pył. Tak i rzeka i pomost stary, spełniwszy swą powinnoś obrócili się w nicość. Nikt nie wybierał, nikt nie tworzył ich losu, to się po prostu działo.

Tlące światło świecy ślizgało się po mokrych, przezroczysto-czarnych ciałach męskich zjaw. Wszyscy mężczyźni, jak jeden mąż szli tym samym tempem, wykonywali te same ruchy, te same mięśnie na ramionach i torsach się kurczyły i rozprężały. Bulgotanie wody wzmogło się. Nurt zakręcał. Dziewięciu braci wyciągnęło wolne dłonie ku brzegowi, nadal drugą dłonią trzymając łódź. Zanurzyli się. Kiedy ich głowy ponownie rozdarły taflę wody zniknęła łódź, zniknęła rzeka. Wtedy wszyscy wzięli głęboki oddech, a kiedy powietrze z ich płuc wracało z powrotem nicość ogarnęła wszystko. Stali przed murem bezkresnym, niepojętym i nieprzenikliwym. Stojąc w czarnym piachu Asundiari oraz jej towarzysz poczuli zimno.

Bracia nie patrząc na nic, nie mówiąc ani słowa, chwycili w silne dłonie piach. Mieli w dłoniach młoty. W tej samej chwili, w tym samym czasie, w identyczny sposób bracia zaczęli bić młotami w mór. I tak tłukli w szarą grań nie szczędząc sił.

Asundari i jej towarzysz widząc ich wysiłek zanurzyli dłonie w piach. Młotów było teraz jedenaście. Łoskot i brzęk poniósł się po szorstkiej skórze nicości.

A stukot wydawał się płakać, krzyczeć, jakby ktoś po drugiej stronie wołał. Czym mocniej mięsnie ciskały o skałę młoty, tym zachłanniej piersi zasysały powietrze. Powietrze nagrzewało się, co raz to bardziej, aż szczypało skórę, jak skwar próbując ją zapalić. Aż krople dzikiego potu zaczęły lać się po plecach. Kiedy i zjawy i ludzie pomieszali się z szaleństwem uderzeń pękł mur, co nie był murem. Nicość posypała się milionem trzasków i zgrzytów.

Jak to jest stać po środku nicości, czuć, że wysiłek nic nie znaczył, że tam gdzie się czegoś szukało nie ma nic. Bo nic nie było.

ROZDZIAŁ XII

Wiatr nie szczędzi drzew od samego rana. Żeby jeszcze deszcz padał to by był pełny obraz okropnej pogody. Ale deszcz nie padał od trzech piekielnych dni. Ktoś by mógł powiedzieć, iż to lepiej. Ale w Heze deszcz miał większe znaczenie niż by to się mogło wydawać. Deszcz oznaczał zakaz handlu poparty prawem kupieckim w tym nadmorskim rejonie. Skoro nie ma deszczu trzeba handlować w ten oszalały wicher. Sztorm nad morzem grzmiał, a kupcy wszelkimi możliwymi sposobami przymocowywali towary do straganów. Uwijali się jak mrówki.

Karbonado wstał, usiadł na skrzypiącym łóżku. Obok niemiłosiernie chrapał Elhor i jego ojciec Tycjan. Nie szło w takim hałasie już spać. Kac doskwierał po popijawie poprzedniej nocy. Ale była okazja to się piło, a kto by się ograniczał.

– Elhor! Wstawaj. – kopnął z pryczę towarzysza.

Zerowa reakcja lekko rozsierdziła Karbonado. Skoro on już nie może spać, to dlaczego inni mają mieć ten przywilej.

– Czego się rzucasz? – warknął Tycjan.

– Mamy robotę. Życiowa nasza okazja. Mówiłem wam.

– Ja nic nie pamiętam. – burknął Elhor.

Karbonadowi opadły ręce. Gadał całą noc. Za to pili, że mają wreszcie kogoś na oku, kogoś, za kogo dostaną górę pieniędzy. W końcu będzie mógł spłacić swój dług wobec rodziny łowców głów. Wiedział, że to nie będzie proste zadanie, wiedział to do tego stopnia, iż czuł strach, że się nie uda. Ale to nie miało znaczenia. Całe jego dotychczasowe życie było bezsensu i wokół bezsensu się kręciło. Czasem czuł się niczym egzystujące stworzenie jedzące, polujące i wydalające, żeby utrzymać organizm przy życiu. Żeby utrzymać mechanizmy życiowe bez głębszego znaczenia.

– Dopiero, co odciekliśmy głowę temu namiestnikowi, a ty już się palisz, do ścinania następnej. – żachnął się Elhor. – Ja nie będę robił nic przez następny tydzień. Takie mam założenie.

– A gdybym ci powiedział, że przez resztę życia będziesz mógł robić nic?

– Przestań, bo jeszcze uwierzę. Za bardzo się spiłeś wczoraj.

– Wczoraj mi wierzyliście. Nigdy niczego nie chciałem, nie odzywałem, nie wyrywałem się z niczym. Dzisiaj jestem pewien, że to gruba ryba i wiem, że musi komuś na niej zależeć. Jak ją zobaczycie sami zrozumiecie, że działa dziwnie na ludzi.

Mężczyźni dziwnie spojrzeli na Karbonado, zawsze był dziwny, milczący, niby chłoptaś bez gadania wszystko robił, co mu kazano.

– Wiem, że jedna z jej towarzyszek tańczy dziś. Gdzieś w podziemiach.

– Mówisz o Tańcu Barra? – zakrztusił się powietrzem Tycjan.

– Tak.

– Ty oszalałeś. Nigdy w życiu nie podejmę się tak śmierdzącej sprawy. Nawet o tym nie myśl. – warknął Tycjan. – Zbyt skomplikowane, zbyt bezpieczne. Chyba, że sam chcesz na siebie wydać wyrok śmierci. I nie żartuje, ta sprawa śmierdzi bardziej niż gówno w środku lata.

– Sam? – zmrużył oczy Karbonado.

– Tak.

– To znaczy, że mnie zwalniasz z obowiązków?

– Nie. To znaczy, z jesteś za głupi, żebym mógł to zrobić. Koniec tematu. Szykujcie się na śniadanie.

ROZDZIAŁ XIII

Aura nie pomagała wstawać o tak wczesnej porze, ale Nuwejba już dawno nie spała. Przysiadła na łóżku, spojrzała w okno. Niebo było szare, a wczorajszej nocy zabawiła długo w podziemiach jednej z kamienic na obrzeżach miasta. Zatańczyła taniec Barra. Jeszcze jej w głowie po tym szumiało. Ale taka była umowa: wstęp o miasta, brak pytań, złudne milczenie wśród wielkich tego miasta, za ten jeden taniec.

– Możemy jechać. – wychyliła się zza drzwi Asundari. – Chyba, że jedziesz w inną stronę…

– W tą samą. W tą samą. – westchnęła Nuwejba nie odrywając wzroku od okna.

Kiedy słonce zaczęło wyglądać zza purpurowych tiulów były już za wschodnią bramą. Zakapturzona postać czekała na nich. Gdy się zbliżyły postać ruszyła do przodu. Grząskie błoto plaskało pod kopytami, niby to drwiąc z jeźdźców, niby to przytakując od niechcenia.


Jedna odpowiedź to “Fragmenty”

  1. Hmm… Jak widze praca idzie pełną parą. Chwali się to pani. Istotnie Anatema 2 dosyć ostro różni się od części pierwszej, chyba przede wszystkim stylem i jakby odjrzałością pisania. Nie jest to oczywiście ideał, ale zupełnie inna marka. Gratuluję i życzę dalszych sukcesów. Jack.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: