SARA

Sara, ciemna blondynka z włosami do ramion, stała odziana w schludną garsonkę w holu. To był hol restauracji. Czerwony dywan rozciągał się aż do obrotowych drzwi. Drewniane kasetony o ciemnym odcieniu gładziły ściany, raz po raz racząc się lampą lejącą ciepłe światło. Sara opierała się o ciosany cokół, na którym stał kwiat o trawiastych liściach.
Czekała. Żadna myśl nie przechodziła przez jej umysł. Myśli stały i czekały tak samo, jak ona.
Nagle drzwi obrotowe zaszurały. Ktoś kogoś powitał, wymienił kilka słów. Wszedł mężczyzna w garniturze. Sara nie pamięta jego twarzy, ale wiedziała jedno: zna go, i to bardzo dobrze. A nawet lepiej…
– Witaj, Kochanie – podszedł do Sary owy mężczyzna i pocałował w policzek.
– Ty masz obrączkę – wykrztusiła Sara, rozpoznając w nieznajomym swego chłopaka. Złoto wdzięcznie błysnęło na serdecznym palcu mężczyzny, gładzone przez białą rękę Sary.
– Oczywiście – uśmiechnął się serdecznie. – Przecież jestem twoim mężem…
Weszli do sali, w której panowała atmosfera dyskrecji. Stoliki były ustawione daleko od siebie, przedzielone drewnianymi oddziałkami, na których posadzono kwiaty. Ciemne drewno pachniało jeszcze nowością. Okrągłe, szklane świeczniki skrywały światło małych świec po środku każdego stolika.
Mężczyzna, który przed chwilą przedstawił się jako „Mąż”, usadowił zszokowaną Sarę przy stoliku. Sam pośpiesznie usiadł naprzeciwko niej. Złapał jej dłoń i wpatrywał się w jej zielone oczy.
Milczeli. Nim zdążyła zapytać o cokolwiek, pojawił się kelner. Poufnie podał im menu i odszedł.
– Panie Danielu! – usłyszeli ściszony głos grubego mężczyzny.
– Pan Marek. Witam – uśmiechnął się towarzysz Sary, wstając. Mężczyźni podali sobie dłonie.
– Saro – ucałował jej dłoń nieznajomy. – Słyszałem od Daniela o twoich sukcesach w pracy. Szkoda, że nie możesz nam nic opowiedzieć… Nie będę przeszkadzał. Mam nadzieję, że obsługa jest dobra, a jedzenie smaczne. Zapraszam ponownie – pożegnał się miły gość nazywany Markiem.
– Danielu… – zaczęła.
– To samo, co zawsze? – przerwał jej, uśmiechając się wciąż po odejściu znajomego właściciela restauracji.
Bała się. Bała się, że Daniel usłyszy jej dzikie, szalejące ze strachu serce. Szperała w swoich myślach jak w kartotece. Lecz wszystkie kartki były puste. Puste. Puste! Panicznie szukała w otoczeniu odpowiedzi na pytania kołaczące się po jej głowie.
– Co ci jest? – zapytał, troskliwie gładząc jej dłoń.
I wszystkie myśli ucichły. Przed chwilą – jakby wicher w biurze, wdarłszy się przez otwarte okno biurowca, rozrzucał papiery po całym pomieszczeniu – tak teraz nagle Daniel zamknął to okno.
Nastała cisza. Sara uspokoiła się.
– Martwisz się czymś? Źle się czujesz? Nie zaprzeczaj, widzę, że coś się dzieje.
– Nie. Nic mi nie jest. Dziękuję – odparła spokojnie, nie wierząc własnym ustom, że to powiedziały.
Rozmawiali niewiele. Daniel zdążył powiedzieć, że jest zmęczony i marzy o ciepłej kąpieli. Pospiesznie wyszli z restauracji i wsiedli do jego samochodu pozostawionego na parkingu.
Było już ciemno. Do Sary dotarło, iż to jakiś zimowy miesiąc. Być może dlatego jej „Mąż” ułożył na tylnim siedzeniu płaszcze. Zmarzła przez ten krótki odcinek od restauracji na parking, lecz to jej pomogło. Pomogło jej władować energię w ogrzanie ciała zamiast w myśli o tym, że nie wie, co się dzieje.
Słyszała, jak panika kołacze do niej coraz głośniej. Zaczęła się uspakajać, kiedy Daniel ruszył przez miasto. W jej głowie darły się słowa nie do powiedzenia. Słowa głuche i ślepe.
– Dokąd jedziemy? – zapytała z opanowanym do granic sztuczności głosem.
– Do domu, Kochanie. Trzeba wyjść z psem – odpowiedział, skręcając na skrzyżowaniu.
A latarnie oświetlające drogę znów zaczęły lizać szyby i karoserię samochodu, sunąc po niej, macając każdy jej cal. Cały ten obraz równie wytrwale odbijał się w źrenicach Sary.
Miasto. Miasto wieczorne. Ulice niemal puste. Chłodne powietrze zagoniło ludzi do domu. Latarnie, zawsze obecne na stanowisku, oświetlały drogę. A oni mknęli ulicami drapieżnie. Zatrzymali się na światłach.
Daniel spojrzał na Sarę. Spódniczka, którą miała na sobie, zdradzała smukłe łydki, okryte materiałem czarnych rajstop z laykry. Położył czule dłoń na jej kolanie, lekko odsuwając spódnicę.
W pierwszym momencie sprawiło jej to przyjemność. Później przypomniała sobie, że niemal go nie zna, i kiedy chciała odsunąć jego dłoń, światła zmieniły się.
Złapał, w tym jego szalenie opanowanym tempie, dźwignię zmiany biegów. Znów sunęli przez miasto. Miasto mieszkańców rozkoszujących się wieczorem przed telewizorem.
Wjechali na spokojne osiedle oświetlone przez ogromną lampę na szczycie bloku. Ale nie zatrzymali się; pojechali na parking. Parkingowy kiwnął porozumiewawczo głową i otworzył bramę. Zostawili samochód przy stanowisku 78. Ubrali się w jeszcze ciepłym samochodzie.
Wysiedli. Daniel przycisnął przycisk na breloczku przy kluczach. Alarm samochodowy pisnął mrukliwie.
– Chodźmy do domu – powiedział, podając jej rękę.
Przeszli przez parking. Ona stukocząc obcasami czarnych czółenek, on dzwoniąc nie schowanymi kluczykami. Szli chodnikiem, milcząc. Sara widziała, że Daniel ukradkiem się jej przypatruje, ale udawała, że tego nie widzi. Kiedy podeszli do klatki, wcisnął kod i drzwi otworzyły się. Weszli do windy. Nadal trzymając jej dłoń, wcisnął przycisk oznaczony jako czwarte piętro. Sara westchnęła, na co on objął ją ramieniem.
Było jej dobrze w najgłębszych pokładach świadomości, lecz wierzchnia jej część niepokoiła się. Po części czuła się jak zastraszona granatem, ale tylko po części. Bo nie bała się Daniela ani tego, co on robi, ale tego, co nastąpi.
Kiedy winda zatrzymała się, Sara pozwoliła prowadzić się „Mężowi”. Przeszli przez korytarz pomalowany słoneczną barwą farby olejnej. Zatrzymali się przy jasnych, sosnowych drzwiach ze złotą cyfrą 17. Daniel zaczął szukać kluczy w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
– Masz klucze? – zapytał.
Sara kompletnie nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła się zobligowana do posiadania czegoś, czego nie posiada. Odruchowo zajrzała do skórzanej, czarnej torebki. Od razu zauważyła tam fioletowe, rzucające się w oczy, futerko. To był wisiorek przy kluczach od mieszkania. Nieśmiało wyciągnęła je. Daniel szybko je złapał i otworzył drzwi.
– Zostawiałem klucze w samochodzie. Pójdziesz po nie, jak będziesz wracała z psem?
„Z psem?” Odbiło się echem pytanie w jej głowie.
– Tak – znów ustom wyrwało się coś, czego nie zamierzała powiedzieć.
Wkroczyli do mieszkania. Daniel odetchnął, zdejmując z „Żony” płaszcz.
– Jestem strasznie zmęczony. Wezmę kąpiel i od razu idę do łóżka. Tyle pracy dziś miałem…
W przedpokoju pojawił się pies rasy husky z pięknymi, błękitnymi oczyma. Błysnął czarną sierścią, minął Daniela i skoczył przywitać Sarę.
—————————-24 II 2006—————————————————
Od razu poczuła ciepło na koniuszkach palców dłoni i na twarzy, kiedy pies do niej przybiegł. Zaczęła go głaskać i uśmiechać się. Czuła gdzieś w głębinach swojej świadomości ogromne przywiązanie do tego zwierzęcia.
Zdjęła szpilki, weszła do jasnego pokoju malowanego szarością ciemności, i wyciągnęła z szafy pierwsze lepsze spodnie i adidasy. Szybko się przebrała w lekkim stresie, czy Daniel nie idzie i jej nie zobaczy. Ten jednak krzątał się w łazience, przygotowując sobie kąpiel. Wzięła materiałową, grubą smycz wiszącą w przedpokoju na wieszaku.
– Idę! – krzyknęła. Odpowiedziało jej mruknięcie Daniela.
Wyszła z mieszkania na klatkę. Było ciemno. Nie zamierzała zapalać światła. Oparła się o ścianę plecami. Poczyniła głęboki wdech i wydech. Husky przypatrywał się jej uważnie; słyszała, jak dyszy z zadowolenia. Jego spojrzenie, którego przez ciemności nie widziała, ale widziała w swojej wyobraźni, wyrażało radość. To podniosło ją na duchu. Przynajmniej przez chwilę pozwoliła sobie na trywialne myśli. Chciała zapomnieć o wszystkim, chciała tylko iść na spacer z tym psem i niczym się nie martwić.
Wsiadła do windy; zjechała na dół. Rozejrzała się.
Ogromna lampa na szczycie bloku jej „Męża” i bloku naprzeciwko oświetlały alejki i trawniki – gigantyczną przestrzeń, którą teraz miała do dyspozycji. Gdzieś zamajaczyło w jej polu widzenia olbrzymie boisko. Tam właśnie się udała. Pies węszył, naprężał silnie smycz, więc go spuściła. Ryzykowne, ale dziś nie mogła być niczego pewna. Kiedy husky szalał, ona powoli spacerowała.
Chciała uporządkować fakty. To, że nie wie, co się z nią dzieje, to mało przy tym, że jest mężatką, żoną Daniela. Spojrzała na dłoń – była obrączka. Może powinna go zapytać…? Albo nie. Może to amnezja – choroba, którą można wyleczyć. Powinna jechać do lekarza.
Rozmyślając, wyszła z osiatkowanego boiska i ruszyła alejką ułożoną z niezbyt równych płyt chodnikowych. Pies w znacznej odległości od niej biegał i węszył z upartością fanatyka. Czasem znikał z jej pola widzenia; to ją przerażało, ale on chyba już taki był. Jednak co jakiś czas przybiegał po pogłaskanie po głowie i czułe słowo. To ją uspokoiło.
Usiadła na ławce. Musiała usiąść. Drewniana ławka zrobiona z przeciętego na pół pnia drzewa wyglądała zachęcająco. Siedziała tak długi czas, nie myśląc o niczym. Widziała przed sobą ogołocony krzew jaśminu i blok Daniela. Tylko patrzyła i nic więcej.
– Można się przysiąść? – usłyszała ochrypły głos.
Lampa świecąca z naprzeciwka paliła się tak jasno, że nie mogła dostrzec dokładnie człowieka, który do niej mówił. Ten rozsiadł się na drugim końcu pnia. Wyciągnął puszkę z piwem i pociągnął długiego łyka. Sara nie zareagowała; myślała o niczym.
– Ma pani papierosa? – zapytał bezceremonialnie.
– Nie mam… Chyba – sprawdziła w torebce. – Nie mam na pewno.
– Wiedziałem – bąknął.
– Niby skąd?
– Nie wygląda pani na palącą. Ale zapytałem, bo a nóż się mylę. Strasznie bym sobie zapalił – pociągnął kolejnego łyka.
– Czy ma pan czasem wrażenie, że jest pan w chorym śnie? W śnie, w którym pan niczego nie wie, niczego nie potrafi przewidzieć? I nie wie pan, kim jest w tym wszystkim?
– Ta. Zawsze mam taki sen. Sen nazywa się życie – stłumił beknięcie. – Nie wiem, na przykład, czy przez najbliższą godzinę zapalę, czy nie. Nie wiem, czy dziś w nocy nie zamarznę, nie wiem, czy jutro będę miał na piwo… I sądzę, że nie wiem już, kim jestem. A przynajmniej zapomniałem. Bo jakie ma znaczenie, czy mam na imię Henryk czy Zdzisław, skoro wszyscy mnie nazywają pijakiem?
Dopiero teraz poczuła jego smród. Ale lekko odchyliła głowę i zaczęła wdychać dyskretnie mroźne powietrze. To pomagało.
– A co by pan zrobił, gdyby pan nagle tak jakby obudził się w rzeczywistości, której pan nie zna? Jakby pan zapomniał wszystko, co było wstecz, a widział jedynie to, co jest teraz?
– Zapytałbym, czy ktoś nie ma fajki – bąknął.
– Pytam poważnie.
– Dziwna pani jest – zamyślił się. Czekała, bo wiedziała, że jej odpowie. – To zależy, jaka byłaby to rzeczywistość – popił powoli z puszki.
– Jest pan nagle żonaty z kimś, kogo pan kiedyś znał. Ma dom, psa… jakieś życie. Życie jakby innej osoby. Zupełnie, jakby pana wsadzili w czyjeś życie, w którym czuje się pan obco.
– To byłoby piękne – opowiedział z jawną nostalgią.
– Nawet, jeśli by panu się wydawało, że kradnie pan czyjeś życie? W ciele innej osoby?
– Ma pani papierosa…? A, zapomniałem, że pytałem – uśmiechnął się głupkowato.
Zapadła cisza. Pijak zaszurał butem po płycie chodnikowej. Pod podeszwą miał niedopałek papierosa. Podniósł go, pieczołowicie obejrzał i otrzepał.
W tym czasie husky przybiegł do Sary zdyszany, ale szczęśliwy. Ta postanowiła już wracać, więc zahaczyła smycz o obrożę. Wstała.
– Przyjdzie pani jutro?
– Przyjdę – odpowiedziała i delikatnie się uśmiechnęła.
Dopiero w windzie poczuła, że naprawdę skostniała z zimna. Zgrabiałe ręce trzymały kurczowo smycz. Weszła do mieszkania, zapalając światło w przedpokoju. Podłoga była w nim wyłożona łososiowymi kafelkami, a ściany pomalowane na biało. Z boku satała wbudowana ogromna szafa z przesuwanymi drzwiami i lustrem. Sztywne stopy Sary były rade z dotyku ciepłej ceramiki, kiedy zdjęła buty.
Wślizgnęła się powoli do pokoju bez drzwi. Łukowate sklepienie zachęcało do wejścia, nie blokując przejścia zbędnymi drzwiami. Był tam Daniel. Spał. Z rozstawionych po pokoju głośników sączyła się łagodna muzyka. On leżał z gazetą w dłoniach, wciąż trzymających prasę w dogodnej do czytania pozycji. Zaś głowa opadła mu na bok; opierając się o zamaszystą poręcz fotela.
Pies wbiegł szybkim krokiem i uśmiechnął się, po psiemu wystawiając język, z którego kapała wodnista ślina. Ona stała i pies stał, patrząc się to po sobie, to na Daniela. Nie było niczego w tym pokoju, tylko Sara, pies, Daniel, fotel i gazeta. No i muzyka. Sara po cichu podeszła do sprzętu audio. Elektronika ze starannie wtopionym w czerń srebrem lśniła nowoczesnością. Z dumą świeciły niebieskie przyciski oraz literki na wyświetlaczu. Podeszła do sprzętu z pewnością, że na chybił-trafił uda się jej to wyłączyć. Ale myliła się. Palec sam popłynął, przecinając powietrze, i nacisnął odpowiedni guzik.
Cisza, Sara, pies, Daniel, fotel, gazeta.
——————————26 II 2006————————————————-
Sara wycofała się z pokoju. Jedynie na moment, jakby zawieszona w czasoprzestrzeni, zatrzymała się przy framudze i ostatni raz spojrzała na Daniela. To był tylko moment.
Poszła do łazienki najciszej, jak potrafiła. W szafce z chromowanymi uchwytami znalazła dwie piżamy: czerwoną z czarną halką, przeznaczoną chyba na wyjątkowe okazje, oraz satynową, błękitną koszulę ze spodniami. Ubrała tę niebieską. Umyła się. Nawet nie miała problemu z wyborem szczoteczki do zębów, ręka sama wybrała zieloną. Zmyła staranny makijaż i wyszła do przedpokoju.
Pies leżał na kafelkach, zwinięty w kłębek i z wtulonym nosem w ogon. Jak go tak zobaczyła, poczuła się wyjątkowo senna. Przeszła koło łukowatego sklepienia. Dotknęła złotej klamki sypialni. Poczuła jej chód. Nacisnęła powoli, jakby bała się, że ktoś jest w środku, kogo może obudzić. Nie weszła do sypialni. Zatrzymała się w progu. Zobaczyła wielkie stalowe łoże z wykutymi przez mistrza kowalstwa poręczami. Pomiędzy żaluzjami przemykało niemrawe światło latarni na szczycie bloku.
Wróciła do przedpokoju. Minęła łukowate sklepienie; wzięła koc z sofy. Stanęła nad Danielem i przyglądała mu się. Wyglądał jak małe dziecko, które, zmęczone zabawą, padło ze zmęczenia, nawet o tym nie wiedząc i wciąż się bawiąc w nieświadomości. Rozłożyła turkusowy koc i okryła nim śpiącego. Przypomniała sobie, jaki był dziś dla niej dobry. Jak przywitał ją w restauracji, jak nie pytał o nic przy stoliku, jak położył dłoń na jej nodze, jak objął ją w windzie, jak pożegnał ją mruknięciem, kiedy szła z psem. Był taki dobry.
Ułożyła się wygodnie na kunsztownym łożu, tonąc w świeżości pościeli. Zapalając lampkę nocną, zobaczyła stojące na półce zdjęcie ślubne. Była tam w kremowej, haftowanej sukni, Daniel w garniturze. Uśmiechnięci. Zatraceni w szczęściu i radości. Patrząc na to zdjęcie przez moment uwierzyła, że jest jego żoną. Ale tylko przez moment. Zgasiła światło i, wzdychając, ułożyła się na boku. Zamknęła wyczerpane powieki. Zmęczenie zakradło się niepostrzeżenie i objęło ją w uścisku zaborczego, kamiennego snu.

ROZDZIAŁ II

Dziki krzyk budzika otworzył drapieżnie jej oczy. Ręka w odruchu obronnym sięgnęła po okrągły przedmiot, próbując go wyłączyć bez potrzeby otwierania oczu, które walczyły o odchodzący sen. Budzik darł się dalej. Sara nie wiedziała, jak go wyłączyć.
Nagle tuż obok niej coś się ruszyło i, wyciągając wielką rękę, wyłączyło wycie budzika.
– Musimy zmienić budzik. Chociaż, nie wiem… To wycie skutecznie budzi – Daniel przetarł dłonią twarz. – Dzień dobry, kochanie – pocałował delikatnie Sarę.
Wygramolił się z łóżka i powoli powędrował do łazienki. Sara legła z powrotem na poduszki, nie przejmując się niczym. Już czuła, jak jej oddech zwalnia i zabiera ją w krainę snów, kiedy poczuła wilgoć na twarzy. Otworzyła oczy i zobaczyła wpatrzone w nią ślepia. Błękitne ślepia psa. Wtedy zrozumiała, że sen, który rozpoczął się wczoraj wieczorem, nadal trwa i uderza ją zimną, wilgotną rzeczywistością.
– Zaraz. Daniel jest w łazience – powiedziała do psa zaspanym głosem.
Pies szybkim krokiem wyszedł z sypialni. Stanął w przedpokoju, nie odrywając spojrzenia od Sary, która zakopała się w pościeli. Drzwi do łazienki otworzyły się.
– Sara, wstawaj! Zrób mi śniadanie, bo się spóźnię do pracy.
Sen już dawno szlag trafił. Wstała nerwowo, zrzucając z siebie pościel i, klaszcząc o posadzkę gołymi stopami, powędrowała do kuchni. Otworzyła lodówkę. Wyciągnęła szynkę i ogórki konserwowe. Znalazła chleb. Zaczęła sprawnie robić kanapki. W końcu sama poczuła głód. Może to za sprawą smakowitych fotografii powieszonych tuż przy wejściu do kuchni? Od sufitu, niemalże do samej podłogi, powieszone pionowo fotografie w antyramach przedstawiały owoce i warzywa. Kolory były żywe, a światło padało na błyszczące jabłka, soczyste truskawki i złote od słońca banany. Zjadłaby sobie teraz banana i truskawki. Najlepiej ze śmietaną!
———————4 III 2006———————————————————-
Po czułym pożegnaniu z żoną Daniel pospiesznie wyszedł z domu. Sara czekała na tę chwilę, aż zostanie sama. Chciała dowiedzieć się, kim jest Sara. Mieszkanie, niczym skarbnica wiedzy, stało teraz przed nią otworem.
Zaczęła przeglądać sypialnię. Szybko jej poszło, bo była najbardziej podejrzanym pomieszczeniem. Tylko pościel, ubrania i trochę książek. Nie znalazła nic, co by wskazywało na upodobania tamtej Sary. Kiedy siedziała na jeszcze nie zaścielonym łóżku,, zauważyła swoją skórzaną torebkę. Oczywiście! Torebka – źródło wiedzy o kobiecie. Wysypała całą zawartość na pościel. Komórka, szminka, odtwarzacz mp3, klucze, płyty… To wszystko. Niewiele.
Sara zawiodła się. Ale został jej pokój bez drzwi. Powędrowała tam. Znalazła tylko stosy płyt na drewnianej szafce. Mogła odgadnąć tam zamiłowanie muzyczne Sary, ale to zbyt mało, aby się nią stać. Przypomniała sobie, jak Marek w restauracji mówił coś o jej pracy. Chciała koniecznie dowiedzieć się tego, jaką ma pracę, kim jest.
Pies, który dotychczas gdzieś zniknął, znów wlepił swe ślepia w panią.
– Już idziemy.
Poszła z nim na spacer. Tym razem nie była spokojna, ani nie rozpieszczały jej żadne trywialne myśli. Teraz chciała wiedzieć wszystko o Sarze, za którą ją mają. Wśród plątaniny myśli pojawiał się rozsądny pomysł, aby iść do lekarza. Jednak nie wiedziała, gdzie tu można znaleźć lekarza. Ale to był problem, który tak naprawdę problemem nie był.
Znów się bała. Bała się, że jest sama.
Stanęła pośrodku alejki. Była sama, psa nie było. Cóż to miało za znaczenie, skoro to nie jej pies? A człowiek, który czule ją żegnał przed pracą, to nie jej mąż, a dom, w którym dziś się obudziła to nie jej dom…? Skąd ta pewność, że tak jest lub nie?
Od tej chwili nie mogła ufać też sobie, swoim wspomnieniom, których zabrakło.
Kim jest Sara? Kim jestem ja? I dlaczego nagle tego nie wiem?
Musiały być jakieś wskazówki w domu. Musiały. Jeszcze raz przeszuka mieszkanie. Dokładniej.
Kiedy wracała, zaczepiła ją sąsiadka.
– Spokojnie, głośna muzyka mi nie przeszkadza – uśmiechnęła się farbowana na jasny blond starsza kobieta.
Sara zrobiła zaskoczoną minę.
– Pani mąż pytał. Bo ostatnio państwo sobie zaszaleli… Ale ja rozumiem, też kiedyś byłam młoda – naciągnęła mocniej na głowę futrzany kaptur i stanęła przy windzie, czekając na nią.
– Do widzenia – pożegnała ją Sara.
– Do widzenia, dziecko. Ach, jakie ty masz piękne włosy! Naprawdę – uśmiechnęła się znowu i weszła do windy.
Sara została sama z echem słów „piękne włosy”. Było jej miło. Miło mimo, że prawie nic nie mówiła do tej kobiety.
Weszła do mieszkania, rozebrała się. Zabrała się za przeszukiwanie dużego pokoju. Znalazła tam komodę z czterema szufladami. Pierwsze dwie były zapełnione wspólnymi albumami ze zdjęciami. Miała ochotę je poprzeglądać, ale zaintrygowały ją pozostałe, zamknięte na klucz. To było podejrzane. Zwłaszcza, że nie miała klucza.
Żeby wyładować złość ponownie zajrzała do szuflady ze zdjęciami. Znalazła tam też takie dokumenty, jak: paszporty, książeczki zdrowia, teczki z rachunkami. Zerknęła na książeczkę zdrowia – planowała iść do specjalisty ze swoją przypadłością. Wyjęła ją i zaniosła do pokoju, dorzucając do sterty rzeczy wyrzuconych z torebki.
Przeszła cały dom w poszukiwaniu kluczy. Sprawdziła szuflady, półki, wszystkie zakamarki i nie znalazła tego, czego szukała.
Poczucie beznadziejności ogarnęło ją na równi ze zmęczeniem. Usiadła zniechęcona na krawędzi sofy. Westchnęła i spojrzała na półkę z płytami. Było ich mnóstwo, a wszystkie poukładane z pedantyczną dokładnością. Wyjęła pierwszą lepszą z brzegu i włączyła. Miękki, syreni głos przemknął przez pokój, kojąc zmysły Sary. Uspokoiła się. Myśli zaczęły płynąc spokojniej i składniej.
W pewnym momencie w jej głowie narodził się nowy pomysł. Zamiast załamywać się brakiem klucza, pójdzie do specjalisty. Ma książeczkę zdrowia, tam na pewno jest adres jakiegoś lekarza. Jak pomyślała, tak też zrobiła.
W szpitalu pokierowano ją do neurologa. Rozmawiała z nim długo, ale jego diagnoza była krótka: amnezja wsteczna, a zalecenia banalne: wszystko się samo przypomni. Sara była niepocieszona. To jej nie pomogło. Wręcz przeciwnie.
Wracała ulicami zasępiona, marszcząc brwi. Mijała tłumy, zanurzona po uszy w sytuacji bez wyjścia. Wędrowała wśród wielu, spieszących się dokądś, ludzi.
Mijała wystawy sklepowe, krzyczące barwami i migoczącymi napisami. Jedyny kontakt z rzeczywistością, jakiego doznała, to wręczenie jej gazety przez jakąś młodą dziewczynę, stojącą na chodniku i rozdającą świeży numer bezpłatnej gazety. Nie ominęła ona również i Sary.
Nagle Sara poczuła rwący ból w łokciu. Ktoś ją popchnął i przewrócił. Wszystko działało się błyskawicznie.
– Wybacz, Saro – usłyszała męski głos.
Mężczyzna szybko ją podniósł, wcisnął jakiś przedmiot i uciekł, ginąc w tłumie obojętnych przechodniów. Ona w szoku stała i patrzyła na martwy punkt, w którego stronę pobiegł nieznajomy. Odruchowo zaczęła za nim biec. Ale tuż za rogiem przystanęła; wiedziała, że go nie dogoni. Poszła do domu, czując nasilający się, promieniujący od łokcia, ból lewej ręki.
Przyszła do domu. Poczuła się makabrycznie senna. Sen zaatakował ją. Zachwiała się już w przedpokoju; nie miała sił rozebrać się. Podpierając się ścianą, powłócząc nogami, dotarła do sypialni. Padła na niezaścielone łóżko i, mdlejąc, natychmiast zasnęła.
Obudziło ją ciche trzaśnięcie drzwiami. Otworzyła oczy. Wyszła do przedpokoju. Stały buty Daniela, psa nie było. Przecież nie mogła aż tak długo spać… Ale spała. Obiecała, że spotka się z człowiekiem, którego spotkała wczoraj wieczorem… Co to?
Zobaczyła koło swojej torebki leżącej na podłodze dużą kopertę. No tak, przecież to wcisnął jej ten mężczyzna. Syknęła; przypomniała sobie o bolącym łokciu. Podeszła do koperty. Otworzyła ją. To była koperta wielkości A5 i była grubo wypchana. Wyjęta zawartość okazała się być stertą białych kartek. Wszystkie były puste. Totalna biel na 475 stronach. Sara nerwowo potrząsnęła kopertą. To okazało się skuteczne – wypadła jeszcze jedna kartka. Ale ta karteczka nie była biała, miała nadrukowany adres. Nic te słowa i liczby dla Sary nie znaczyły. Nie wiedziała, gdzie to jest.
– Dziwne – wyrwało się z jej piersi.
Próbowała przypomnieć sobie mężczyznę, który ją potrącił. Znał jej imię. Przeprosił. Co jest grane? Niespodziewanie coś huknęło w drzwi balkonowe. Szybko pobiegła do pokoju bez drzwi. Spojrzała na balkonowe drzwi. Taki huk to był, jakby ktoś młotkiem rzucił i trafił. Drzwi -całe. Podeszła bliżej, odsunęła firankę. Ani śladu.
– Sara – usłyszała zdyszany głos Daniela.
Sara wystraszona lekko wyskoczyła na przedpokój.
– Coś taka, jakbyś zobaczyła ducha? – zapytał.
– Przestraszyłam się.
– Czego? – podszedł do niej i objął, pocałował w czoło. – Nie ma, czego. – błysnął brązowymi oczami. – Twój Ajs mnie wykończył.
– Bo trzeba go spuszczać ze smyczy.
Daniel spojrzał na łóżko w sypialni. Zobaczył rozsypane kartki, kopertę i małą karteczkę. Sięgnął po kartkę z adresem.
– Zawieźć cię tam jutro?
To pytanie zbiło nieco z tropu Sarę. Daniel wiedział gdzie to jest, bardzo dobrze. Z jednej strony chciała się tam dostać, a z drugiej czuła obawę. Co to za miejsce, co tam będzie robić. Może spotka tego mężczyznę, który ją potrącił? Nie chciała pytać męża. Udała, że wszystko jest jasne.
Wieczór Sara spędziła sama w pokoju ze sprzętem, rozmyślała. Zwinięta w fotelu, wbiła wzrok w przestrzeń. Zaczęła powoli poddawać się temu wszystkiemu. Ale tylko jak przyczajony tygrys w trawach rozpalonej sawanny. Zamierzała z traw wyskoczyć i zaatakować odpowiedzi na wszystkie pytania. Kiedy poczuła nieodpartą senność poszła do łódzka i zasnęła obok człowieka, którego kiedyś znała, a dziś nie może rozpoznać.
Rano przeciągnęła się, sprawnie wyłączyła budzik. Wstała i wyszła z psem. Wstąpiły w nią nowe siły. Postanowiła iść na żywioł, co mam być to będzie. Z resztą Daniel nie wiózłby jej gdzieś gdzie by jej cokolwiek groziło. To nastawienie stopniowo topniało, czym bliżej było końca spaceru z Ajsem. Schody na parterze zaszczepiły zwątpienie, a podróż windą zrodziła strach. W domu nieco otrząsnęła się, bo Daniel właśnie elegancko ubrany stanął w przedpokoju uśmiechając się. Wtuliła się w niego, mocno. Tego jej było potrzeba. Zebrała się w sobie i ubrana już czekała aż pojadą w to tajemnicze miejsce.
—————6 IV 2006——————————————
Jazda była przyjemna. Do czasu, kiedy mały kamyczek uderzył w szybę. Jechali po obwodnicy. Szybko. Szyba pękła z dzikim trzaskiem. Rysa wyryła się wzdłuż szyby po przekątnej, zaczynając się tuż przy wycieraczce po stronie pasażera. Daniel zaklął. Mamrotał coś później o serwisie, ale Sara go nie słuchała. Słyszała jak wali jej serce. To był znak, że nie powinna tam jechać. Miała nawet taki moment, kiedy niemal powiedziała Danielowi, żeby zawrócił. Ale po chwili wdarła się niszczycielska moc ciekowości. Strach strachem, lecz gorzej czułaby się, jakby tam nie pojechała. Wiedziała, że to miejsce może być kluczem do tajemnicy Sary. Tamtej Sary. Wjechali na stare miasto. Kamienice odnowione i te stare dumnie stały i witały gości. Tu i ówdzie błysnęły szyldy strasznie drogich firm, lub banków. Dotarli wąską ulicą do mostu. Tuż przed pachołkami Daniel zatrzymał samochód. Nie wyłączał silnika. – Byliśmy tam kiedyś. Pamiętasz? Wiesz gdzie to jest. – powiedział i namiętnie pocałował żonę. Po czym wymownie spojrzał na nią. Sara wysiadła z samochodu. – No to do wieczora. – uśmiechnął się.
Tęskniącym wzrokiem odprowadzała samochód męża, ginący za rogiem ulicy. Stała na moście sama. Czuła się jak jeden z pachołków, chroniących most przed wjazdem na niego samochodem. Poranna, chłodna mgiełka okryła wilgocią mury i latarnie. Woda falowała delikatnie w dole. Statki wpatrywały się w dziewczynę ciekawymi oczyma. Ruszyła. Widziała stare miasto za bramą. Za Zielona Bramą, jak przeczytała na tabliczce. Stukot jej szpilek odbił się echem. Szedł przed nią jakiś człowiek. Mężczyzna, koło czterdziestki. Zaczepiła go i zapytała o TO miejsce. Facet z wąsami wskazał palcem od niechcenia i poszedł dalej.
Nie było to daleko, wręcz przeciwnie. Napis „Rotterdam” ginął wśród barw kamienicy, ale był widoczny na tyle, żeby wiedzieć, że to tu. Spojrzała na karteczkę, sprawdzała literka po literce, czy aby na pewno dotarła we właściwe miejsce. Weszła do środka. Wnętrze ni to stylowe ni oryginalne, ale coś starano się z niego wykrzesać. Błękity ziębiły pomieszane z gorącą czerwienią. Lampy były oryginalne. Ich kształt i aluminiowe poszycie były ciekawymi obiektami w tej knajpie.
– Pani Sara? – zapytała dziewczyna zza baru.
– Tak.
– Proszę na górę i w prawo. Już czekają na panią. – uśmiechnęła się perliście kelnerka.

Sara weszła po schodach zakręcających ku górze. Pierwsze, co zobaczyła, to zabytkowa mozaika ceramiczna, lśniącą błękitem na ścianie. Lecz nie było jej dane długo oglądać ozdoby. Jakiś mężczyzna zaprosił ją do sali. Sala z niskim sufitem i nisko osadzonymi oknami byłaby przytulnym pokojem mieszkalnym. Jednak dziś jej rola sprowadzała się do sali konferencyjnej. Grupka mężczyzn i nielicznych kobiet siedziało i stało przy długim stole. Wszyscy popijali z białych kubków, to kawę to herbatę. Miała rozpocząć się debata. Można było to wyczuć w powietrzu. Sara źle się poczuła w tym towarzystwie w momencie, kiedy ją wprowadzono do sali. Wszyscy, ale to wszyscy bez wyjątku dziwnie na nią spojrzeli. Tak znacząco. Elegancko ubrana elita zamarła w milczeniu. Szybko zareagowali ubrani na czarno osiłki łapiąc Sarą pod pachy i pospiesznie usadzając na krzesło na szczycie stołu.
– A więc jesteś. – rozległ się niewiadomo skąd głos starszego mężczyzny.
Sara milczała, szukała źródła głosu.
– To dobrze, że jesteś. Porozmawiajmy.
Wszyscy w ciszy usiedli na swoich miejscach. Przypatrywali się dziewczynie, jak intrygującemu eksponatowi w muzeum. Kelnerka postawiła przed nią filiżankę i nalała kawy. Czarnej kawy. Ciemno zrobiło się jej przed oczyma. Jeszcze raz podniosła wzrok, aby poszukać starszego człowieka. Człowieka, który z pewnością miał tu duże znaczenie.
– Pani Saro? Czy zamierza nam pani coś powiedzieć? – właściciel głosu przemknął przez salę, ale jego obraz rozmazywał się w oczach dziewczyny. Nie mogła dojrzeć go wyraźnie. Błędnym wzrokiem wodziła za jego postacią. Aż utraciła ją definitywnie.
Mętny obraz zamajaczył, jakby z dna kubka kolejnej kawy. Podarte słowa krzyki i dzkie światło. Sara nie była sobą, nie wiedziała gdzie jest, ani co się dzieje. Ale było strasznie. To wiedziała napewno. Później było tylko trzaśnięcie rzeczywistością, jak drzwiami. Obudziła się na ławce na Długiej, na starym miescie. Czuła się jak menel, obudzony podmuchem chłodnego wieczoru. Ból głowy i suchość w ustach i bół nadgarstków zakłuł niemiłosiernie. Przerażenie rozszeżyło źrenice i przyśpieszyło oddech. To sie działo w Sarze. Ale tylko w niej. Na mieście spacerowali ludzie, spokojnie powoli, delektując się przechadzką. Oszołomina i skostniała z zimna poczuła nagle wibrację w torebce. To był tlefon. Na ekranie widniał napis: „Daniel dzwoni”.
– Tak? – odezwała się.
– Gdzie jesteś? Nie mówiłaś, że tak późno wrócisz! Dzwoniłem chyba z dziesięć razy!
– Jestem chyba na Starym Mieście…
– Przyjadę po ciebie. Będę czekał na moście.
Daniel o nic nie pytał. Chciał, widziała to ale nie zapytał. Czekał na jej ruch. Nie doczekał się. Kiedy wrócili do domu jego żona wzięła długi prysznic i poszła spać. Ani słowa niemal od niej nie usłyszał. Sam poszedł z Zarem. Spacerując bezmyślnie po alejkach zaczepił go pijak.
– Kłopoty z żoną? – zapytał
Daniel nie zareagował. Miał dość dzisiejszego dnia. Wrócił i położył się spać.
Sara obudziła się w środku nocy. Czuła swoje zapuchnięte oczy, czuła chłód. To przez otwarte okno. Zamknęła je. Usiadła na łóżku przecierając twarz. Zar spał w przedpokoju grzejąc kafelki. Wstała cicho. Dotarła do drzwi od łazienki. Chciała uciec. Uciec od tego wszytego co ją otacza, cofnąć się do czasu przed spotkaniem w restauracji. Ale nie wiedziała gdzie! Dokąd i jak. Skręciła do pokoju. Nagle poczuła, że na coś nadepnęła. To był zwinięty papier. Śmieć. Kopnęła go. Zar, który od niedawnej chwili nie spał, rzucił się na zwitek uderzając lekko głową w ścianę. Sara usiadła na fotelu roztrzęsiona. Zaraz potem zerwała się z niego. Musiała działać. Coś zrobić. Przypomnieć sobie. Lekarz mówił, że to kwestia czasu. Może jak się skupi to coś sobie przypomni. W końcu zasnęła.
Rano obudziła się z bólem głowy. Daniela nie było. Po jakimś czasie wrócił. Nie rozebrał się, jeszcze w butach wszedł do pokoju.
– Słuchaj. Nie wiem o co chodzi i być może nie powinienem wiedzieć, ale wolałbym, żebyś pracy nie przynosiła do domu. Śpiesz się, jeśli mam cię podwieźć.
Jeszcze bardziej zmieszana i obolała poszła do łazienki. Było z nią źle, miał czarne myśli, złe myśli, które odbierają chęć do wszystkiego. Gdzie są marzenia, jakiekolwiek wzmianki o czyś, do czego dążyła Sara. Ta Sara, którą teraz jest, która chciała być. Poczucie beznadziejności osłabiło jej ręce, nie była w stanie się ruszyć… Zrobiło się ciemno przed oczami, ściany zaczęły drgać, światło było coraz słabsze. Ale teraz nie miało już nic znaczenia. Przecież jest nikim, może w ogóle nie istnieje, tylko płyną jakieś słowa czyjeś i się wydaje, że się jest. Przecież to nieważne, że się osuwa i leci na podłogę. To nieważne, że uderzyła głową o twardą terakotową półkę. Nieważne też, że teraz leży nieprzytomna na ziemi. Bo nie istnieje. Jakie może to być uczucie kiedy, znika wszystko co dotychczas się miało w sobie. Przyzwyczajenia, zainteresowania pasje i ukryte marzenia, nawet to, że piło się rano zimne kakao, a nie herbatę, jak wszyscy. To wszystko nie istotne, nikt tego nie widzi, nie zauważa. Chłód na twarzy przemknął rozdzierając skórę…
– Sara! – usłyszała krzyk tuż drzwiach.
Nic jej nie było, tylko się wydawało. To dlaczego było tak realne? Nieważne.
Ubrała się.
– Trzeba było mi od razu powiedzieć, ze dziś też cię wiozę… Z Zarem nie poszłaś, a tak chciałaś go mieć…
… Niech sobie gada, oskarża. Przecież to tamta Sara chciała Zara, to tamta nie powiedziała, że dziś też ma ją podwieźć. Z resztą co to za człowiek, pamiętany ze strzępek informacji. To nie mąż na pewno, nie jej, to tamtej Sary. A może powinna powiedzieć mu żeby się zatrzymał, przecież jest dla niej zupełnie obcy. Tylko gdzie pójdzie? Ma tylko jego.
Przestała myśleć, męczyły ją myśli, które do niej przychodziły i ją dręczyły, Zacznie nowe życie, takie obok życia tej drugiej. W sumie, może jest to wykonalne. Ponoć można sobie wmówić wszystko, a po pewnym czasie w to uwierzyć.
Skręcili w uliczki Starego Miasta, Daniel kluczył miedzy budynkami, ale doskonale wiedział gdzie jechać. W końcu wypuścił Sare bez słowa i odjechał.
Wokół było mnóstwo ludzi, w cukierni ludzie stali w kilometrowej kolejce, nikt na nikogo nie zwracał uwagi, wszyscy się śpieszyli. Tuz za nią wyrósł wysoki budynek, gdzieś zamajaczyło centrum handlowe, jakiś skrawek zieleni z podświetlanym na niebiesko wodospadem. Stała tam tak i obserwowała. Nie przejmowała się tym, że mogła wyglądać co najmniej dziwacznie, stojąc tak zapatrzona w dal, kiedy inni nie traciliby na to czasu. Wyglądała jak zagubiona dziewczynka. Po chwili sama z siebie zaczęła iść. Wolno, nawet bardzo wolno.
Zatrzymała się koło kościoła. Ceglanego, zabytkowego zachwyciła się nim. W przeciwieństwie do wszystkich, którzy mieli ten kościół na co dzień, byli do niego przyzwyczajeni. Przeczytała wywieszkę na murze:
– Wystawa zegarów… – urwała, resztę doczytała w myślach. Postanowiła wejść do środka, ot tak.
– Proszę pani… – zaczepił ją jakiś student, było to po nim widać. Dżinsy, koszula i typowe okularki. – Prowadzę ankietę…
Mówił i mówił, a Sara udawała że go słucha. Kiedy tak słuchała wstąpił w nią niepokój. Patrzyła na studenta i na ludzi. Czuła się osaczona.
– W sumie to ten kościół może poczekać, znam inny, ciekawszy… – nie przerywał swojego wywodu.
Dziwne. Czemu przyczepił się do niej, jest mnóstwo ludzi. Ale też racja, jako jedyna wyglądała na szukającą wrażeń. Wrażeń pod postacią jego ankiety… Nawet przystojny chłopak, młody, lekki zarost, zmierzwione włosy. Niepokój zmieniła duma. Może wcale nie zaczepił jej dlatego, że stała jak kołek i nie miała nic do roboty, ale dlatego, że jest atrakcyjną kobietą.
Student zabrał ją do pobliskiego parku usadził na ławce i zadawał pytania. Zerkał oczu to na kartkę, to na nią i zautomatyzowanym odruchem ręki zapisywał odpowiedzi. Skupiony był całkowicie. Być może ta zmarszczka, na czole powstała mu na skutek chwilowego roztargnienia, kiedy Sara zakładała nogę na nogę. Kiedy skończył wypełniać te swoje arcyważne papierki, podjął rozmowę. Mówił, ze jest na piątym roku ekonomii, studiuje na Uniwersytecie i że jest ze Słupska.
– Co studiujesz?
Sara nie wiedziała dlaczego, uśmiechnęła się sama do skibie na to pytanie.
– Nie wiem. – roześmiała się.
– Śmieszna jesteś. – poprawił. – I zakręcona strasznie. Ja też taki byłem na pierwszym roku, też tak sądziłem. Wszystko i nic za razem miałem na tych studiach. Słuchaj, to była moja ostatnia ankieta i mam wolne. Widzę, ze nie jesteś stąd. Może przejdziemy się po mieście, znam tu kilka ciekawych miejsc?
– Jasne.
– Mam na mię Bartek, a ty?…
Szli z wolna, prowadził ją po zakamarkach odkrywając przed nią tajemnice Gdańskich uliczek. Po jakimś czasie zagrał im carillon na wierzy kościoła przy którym się poznali. Sara szukała siebie i pomyślała sobie przez chwilę, że chciałby być taka jak Bartek, wesoła, otwarta i zwariowana. Opowiadał o rzeczach poważnych, szalenie mądrych i ciekawych a czasem o totalnych bzdurach z których się oczywiście śmiali. Minęły przeszło dwie godziny, kiedy usiedli przy stoliku w kawiarni na Długiej. Chłopak zrobił się dziwny, jakby zmieszany, co przy jego pogodnym byciu przez cały czas było dziwne.
– Coś nie tak? – zapytała.
– Wiesz… A nie ważne…
– Pytaj. Kto pyta nie błądzi.
– Masz obrączkę. A fajna z ciebie dziewczyna…
– Spokojnie. To tylko pierścionek, nic nie znaczy. – ściągnęła pierścionek i wsunęła do kieszeni.
To Bartka jeszcze bardziej zaniepokoiło.
– Jesteś mężatką?
– Nie. Takie tam sprawy z przeszłości, zapomniałam o niej zupełnie i nie zdjęłam…
Oboje wyminęli sprawnie ten temat. Wypili po soku pomarańczowym i ruszyli dalej. Tym razem Bartek powiedział, że pokaże jej coś wyjątkowego. Jego ulubione miejsce. Stanęli przed zmurszałym, zrujnowanym przez czas kościele. I to chyba właśnie sprawiało, iż był wyjątkowy.
– A tam jest Zaułek Zachariasza Zappio… – znów wpadł w wir słowotoku o iście ważnych sprawach. – Czasem tu przychodzę i plecami opieram się o ścianę Zaułka. Zamykam oczy… – zademonstrował, wziął głęboki wdech. – Niesamowite uczucie.
Ona stała i przyglądała się mu, jego zapałowi, jego naturalności. Kto by pomyślał, że student ekonomii ze Słupska tak świetnie zna Gdańsk, do tego opowiada o tym jakby był rodowitym gdańszczaninem, zakochanym w swoim mieście. Bartek chciał pokazać wnętrze kościoła, więc dobijali się.
– Zwykle jest zamknięty, czasem tylko i w niedziele otwarty. Ale warto próbować… – kieszeń chłopaka zaczęła wibrować i rozbrzmiała się wesoła melodyjka telefonu.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: