Szata, 21 V 2010

Na krześle zawisła twoja, stara szata

Tak porzucona czekała przez paletę kolorów lata

Pominięta przy świecach w zimowe wieczory, zupełnie zapomniana

Słońce tak ją pognębiło, że aż cała wypłowiała

Wydawało się oczywiste, iż tam jest jej miejsce

Zemdlała, milcząca na drewnianej zawieszce

Czasem uśmiechała się pod noskiem guzików gdyś na nią spojrzał

Ale tylko jej się wydawało, żeś ją naprawdę dojrzał

W końcu w twych źrenicach zlała się z otoczeniem

Nigdy nie obrażona, złym słowem, czy bluźnieniem

Aż stała się nierozróżnialną między krzesłem a jego oparciem

Co poskutkowało jej lamentem dzikim i serca rozdarciem

Aż pomarła całkiem w obojętność obrócona

Nie daje minionego ciepła i miękkości, tak zawiedziona

Być może wesoły szczebiot niteczek wróciłby, gdybyś dziury zaszył

Wkładał na swoje ramiona, chłód poranka nią gasił

Ale to tylko jej pobożne życzenia były

Razem z deszczem jesiennym z krawędzi haftek się zmyły

Zatykała w oknach świszczące szpary i swój kształt do nich dopasowywała

Jej dusza wraz ze śpiewem sikorek do nieba uleciała


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: